Artur Chabrowski: O tym jak złodziej stał się bogaczem (opowiadanie) – cz. II
– Arguli. Nie zawiodłeś mnie. Możliwe, że tak samo będzie z drugim zadaniem. Potrzebujemy ryb na obiad. Chciałabym byś złowił możliwie najwięcej ryb, jedno wiadro przed nastaniem godziny trzynastej na nieboskłonie. Teraz jest godzina ósma. Masz całe pięć godzin, żeby nas nie zawieść. Strażnik pokaże Ci staw, tam będziesz łowił ryby.
– Dobrze, moja Pani.
Strażnik zaprowadził złodzieja na stanowisko rybaka. Złodziej dzięki zadaniom od podczaszej, wychodzi na prostą już nie jako złodziej, lecz jako sługa. Arguli zorientował się, że miał wiele narzędzi, by złowić ryby. Sieć, kilka wędek i łapak. Wiadro pomieści, jak się zorientował, około dwadzieścia dużych ryb albo dwa gigantyczne sumy. Postanowił najpierw zapolować na sumy za pomocą sieci i łapaka. Arguli wszedł niosąc ze sobą sieć, powoli ją rozstawiał i podzielił staw na dwie części. Zobaczył, że wszystkie sumy, znajdują się w drugiej części, więc coraz bardziej tę sieć przesuwał tak, by zostało jak najmniej miejsca dla sumów. W końcu wziął łapak i złapał jednego z nich. Naprawdę grubą rybę! Umieścił go w wiadrze. Inne sumy już tak łatwo nie wpadały w jego łapak. Więc postanowił złapać za godzinę czasu, jak się uspokoi staw, dziesięć mniejszych od suma ryb, jednak nadal większych od standardowych ryb.
Wyszedł na brzeg z siatką i łapakiem. Zaczął przygotowywać wędkę oraz wabiki z dżdżownicami do haczyków. Po godzinie czasu, miał przygotowane kilka takich wędek. Po piętnastu minutach od momentu zanurzenia pierwszej wędki, złapał szczupaka. Do wiadra jeszcze się zmieści około pięciu mniejszych ryb albo jeszcze jeden szczupak. Tym razem czekał trochę dłużej. Słońce miało się ku południu i została mu tylko godzina czasu, żeby mógł złapać drugiego szczupaka. Postanowił dać trochę chleba koło wabika, jaki przygotował wcześniej. Zanurzył wabik i posypał ukruszonymi kawałkami chleba, wokół niego. Po pół godzinie czasu udało mu się złapać dużego okonia. Dał ostatnią rybę do wiadra, które było pełne i poszedł z nim w kierunku kuchni. Tam oddał ryby.
– W samą porę! Obiad będzie o czternastej. Świetnie się spisałeś, nowy! – powiedział kucharz do Arguliego. – Gdyby było więcej takich sług jak ty, ten przybytek, byłby w lepszym stanie. Może ty się zajmiesz tym co te leniuchy robią już od kilku dni i nie mogą skończyć?
Złodziej wywęszył kolejną szansę, by się przypodobać podczaszej i spytał się kucharza:
– A co to takiego, że tak długo robią?
– W piwnicy za domem. Robią piwnicę tak, by była w miarę czysta, bo zaniedbali ją. Powinieneś zrobić tam porządki. W ten sposób na pewno się przypodobasz podczaszej. Bo chyba wiem już o co Ci… Wam chodzi. – Powiedział to kucharz i mrugnął mu. Złodziej uśmiechnął się. Wiedział już, że o nim i o niej córce właścicielki ziemskiej, mówiono już jako o możliwej przyszłej parze. Arguli zgodził się, by posprzątać piwnicę, po czym zszedł do niej.
Gratów było tyle w tak szerokiej piwnicy, że Arguli złapał się za głowę. Do obiadu ma czas oraz po obiedzie, żeby to sprzątnąć. Zaczął najpierw od małych rzeczy. Na półki poustawiał słoiki, które stały byle jak. Do szafki dał zeszyty i stare dokumenty. Bronie różnego rodzaju poprzestawiał na ich miejsce przy ścianie. Inne narzędzia dał pod drugą ścianę, zaś wózek wyprowadził z piwnicy i postawił go pod zadaszonym dla niego miejscu. Później pomył trochę podłogę. Tak sprzątał, że zapomniał o obiedzie. Poszedł do kuchni, gdzie kucharz miał dla niego trochę jedzenia z obiadu.
– Brawo młody! W końcu w piwnicy jest czysto! Zamelduję później podczaszej, że zrobiłeś zadanie, które parobki nie potrafili zrobić w ciągu trzech dni. A teraz idź odpocznij. Zasłużyłeś sobie.
Gdy Arguli szedł w kierunku swoich kwater, przyłączyła się do niego Katinka.
– Chciałabym byś coś mi podarował.
– Co takiego?
– Domyśl się.
– Jesteś bardzo tajemnicza o Pani.
– Po prostu daj mi jakiś symbol, dzięki któremu będziemy kiedyś razem.
– Rozumiem…
W tej chwili złodziej oderwał od siebie guzik surdutu, który nosił i podarował jej klękając i przy tym mówiąc:
– Jeśli taka jest wola Bogów, niech ten guzik mówi o tym, że będziemy razem, na zawsze.
Katinka się zarumieniła i wzięła od niego ten prezent. Schowała go do kieszeni w sukience.
– Dziękuję Ci o mój mężu, żeś podarował mi ten symboliczny guzik. Na pewno dzięki Bogom, będziemy kiedyś razem.
Po tym co powiedziała Katinka, udała się w kierunku swoich komnat. Arguli zaś poszedł tym razem nie do swojego pokoju, tylko by pojeździć na karym koniu. Koń jednak nie chciał, by Arguli go dosiadł. Za to stało się coś dziwnego. Przemówił.
– Ej, młody! Bez Katinki nie wsiądziesz.
– To ty potrafisz mówić?
– Co się tak dziwisz? Przecież nie jestem zwykłym koniem. Pani podczasza nie trzyma zwykłych istot w swojej menażerii. Jak jeszcze nie zauważyłeś, wszystkie konie gadają!
– Dopiero co zauważyłem i usłyszałem to od Ciebie.
– Tak, to prawda. Uznaliśmy Cię za godnego zaufania.
– Dziękuję koniu. Jak Cię zwą?
– Pikoliko. Bo mam wokół lewego oka białą sierść, a reszta mojego ciała jest czarna.
– Piko, mogę Ci tak mówić?
– Oczywiście, chociaż nie do końca Ci ufam, bo dopiero z Tobą rozmawiam, jednak sam stwierdziłeś moje zdrobnienie. Piko, lubię to. – powiedział koń i uśmiał się.
– Widzę, żeś w humorze.
– I tak i nie.
– Dlaczego tak, dlaczego nie koniku?
– W humorze, że w końcu moja pani Katinka natrafiła na spoko amanta! Nie zaś, ponieważ ten spoko amant może jutro zginąć…
– Zginąć? Jak to?
– Jutro podczasza da Ci misję, byś chronił jej Katinkę przed bandytami.
– To chyba dobrze, skoro to ostatnia misja…
– Może dobrze, lecz nie dla Ciebie. To będzie ustawiony atak, w którym masz zginąć.
– Wow. A czemu podczasza chciałaby mojej śmierci?
– Podobasz się Katince i macie się ku sobie. Natomiast ona chciałaby mieć Katinkę cały czas u siebie albo u jakiegoś bogacza gbura! Na to nie możemy, my konie pozwolić. Kochamy Katinkę jak naszą. Gdyby była klaczą chciałbym mieć za żonę taką klacz! – Piko zamyślił się i podjął z powrotem temat.
– Ty bądź jej koniem! Jeżeli Ci się uda, ba, jeżeli nam się uda to podczasza zacznie zauważać, że jesteś o niebo lepszy niż wszyscy Ci bogacze, które do niej startowali.
– No dobrze. Więc co „mamy” zrobić? Bo rozumiem, że chcecie dopilnować, by do tego doszło.
– Dokładnie. Jednakże obawiam się, że jeden z nas, koni, może zginąć podczas tej zasadzki. Mam nadzieję, że z ginięciem się obejdzie! Lecz trzeba nam planu.
– Planu? To nawet nie wiecie jak mi pomóc?
– I tak i nie.
– Oj nie denerwuj mnie zagadkami. Dlaczego tak, dlaczego nie?
– Tak, bo mamy plan, nie bo jest trudny do zrealizowania.
– Opowiedz wasz plan, to go zrealizuję.
– A więc dobrze. Zrobimy tak…
Z tego co zrozumiał złodziej, powinien wziąć sobie pistolet strzałkowy. Strzałki zaś zanurzyć w silnej truciźnie, która obala z nóg, lecz nie zabija. Drugim punktem planu było podwójne, a może i potrójne wiązanie woza z Piko, lecz to będzie musiał wykonać jutro przed odjazdem. Przed odjazdem będzie też musiał sprawdzić w jakim stanie są koła. Arguli zwrócił się o pistolet strzałkowy do kucharza.
– A po co Ci tak słaba broń? Weź powtarzalny muszkiet, jest o niebo lepszy.
– Ja chcę, żeby nikt nie zginął. Dlatego też proszę Cię o truciznę o jakiej mówił Piko, żeby zamoczyć te strzałki.
– O. Konie Ci ufają. Dobrze, nie będziesz musiał moczyć strzałek. Ja to zrobię. Przyjdź do mnie w nocy, do mojego pokoju i odbierz je ode mnie. Bo ja już będę smacznie chrapał. Na tym polega trudność, o której mówił konik. Opary trucizny sprawiają, że człowiek szybko zasypia. Dlatego też przyszykuję Ci te strzałki do pojemnika. Pojemnik znajdziesz obok mnie, gdy będę leżał. A teraz idź sobie, zanim ktoś nas „zaanonsuje”, że rozmawiamy o takich rzeczach. Ja zaś podejdę do podczaszej, by wiedziałam jak dobrze się dzisiaj sprawiłeś. Może zmniejszy liczbę asasynów, którzy Cię będą mieli za zadanie zabić. A zabić cię będzie chciał lord, który zaaranżuje Twoją śmierć.
Złodziej poszedł do swojego pokoju, by czuwać w nocy. Jak tylko minęła godzina po zachodzie, poszedł do kucharza i wziął od śpiącego pojemnik ze strzałkami, pistolet strzałkowy kucharz też przygotował. Po tym Arguli poszedł do swojego pokoju i zasnął
Arguliego z rana obudzono szybko jak tylko świt nastał. Kazano mu by przygotował się na podróż, gdyż ma chronić na trakcie Katinkę. Ubrał płaszcz, do płaszcza dał pistolet strzałkowy, do którego wsunął sześć strzałek z trucizną oraz sztylet i poszedł szykować powóz dla Katinki. Sprawdził koła, podwozie i łączenie z końmi. Okazało się, że podwozie jest lekko uszkodzone, a lewe tylne koło miało defekt tego typu, że jak wjedzie na większy kamień, uszkodzi się. Arguli wymienił koło, a podwozie postarał się jak najbardziej związać, by nie popsuło się w trakcie drogi. Katinka jeszcze nie była gotowa, a jego samego wziął strażnik pałacu do podczaszej, by ta dała mu lokalizację, do której ma zmierzać powóz.
– Witaj Arguli. Widać, że role się odwróciły. Teraz to Ty będziesz woźnicą i ty będziesz ochraniał Katinkę przed bandytami. Wczorajszy obiad był świetny. Brawo. Spisałeś się. I w dodatku posprzątałeś piwnicę! Brawo. Miejmy nadzieję, że nic Ci się nie przydarzy po drodze do Adrusty – bo tak nazywa się miejscowość do której masz się z Katinką udać. Będzie ona przeznaczona pewnemu lordowi. Więcej Ci nic nie zdradzę! Żegnaj. – Powiedziała podczasza sugerując tym samym, że to będzie ostatni przejazd jaki wykona Arguli.
Arguli wiedział lepiej od niej, lecz nie zdradził się niczym. Katinka już wsiadła do powozu, a on doczepił Piko i jej białą klacz do wozu po czym udali się w drogę.
Podczas drogi Arguli poprosił ją o rozmowę.
– Z przyjemnością… tylko, że już nie będę Twoja… mają mnie wydać za jakiegoś bogacza z Ardusty.
– Myślę że pokrzyżuję im plany.
– Jak to? Zamieniał się w słuch.
– O ile dobrze wiem, to ten lord ma mnie zabić podczas jazdy do niego.
– Jak to? Przecież mam być… aha!
– Teraz już wiesz o co gramy?
– Zamierzasz uśmiercić tego lorda, który ma mnie poślubić! Dzięki Bogu konie cię polubiły. Mi też to samo powiedziały, tylko nie chciały mnie straszyć, że ty będziesz ich celem.
– No widzisz. Wszystko gra na naszą korzyść. – Powiedział Arguli i uśmiechnął się.
Po mniej więcej godzinie drogi, wielkie drzewo osunęło się przed nosem Piko. Na szczęście jechali wolno, gdyż znali to co się wydarzy. Piko nie oberwał, na szczęście. Za to z krzaków wyskoczyło trzech „bandytów”, jeden z nich był o dziwo w pełnym rycerskim rynsztunku. Arguli wystrzelił z pistoletu cztery strzałki w kierunku dwóch paziów, którzy zasnęli natychmiastowo. Spróbował też użyć ostatnich dwóch strzałek na lordzie, lecz odbiły się od jego rynsztunku. Lord zaśmiał się i pewny siebie zaatakował mieczem Arguliego. Nasz złodziej, dlatego że był do tej pory w wielu takich sytuacjach szybko schylił się, wyciągając sztylet i zranił lorda w ścięgna na prawej stopie. Lord zawył z bólu i nie był już w stanie walczyć. Z powozu wyszła Katinka, a Arguli się odezwał do lorda:
– Witaj, lordzie. Role się odwróciły, nieprawdaż? Złodziej ratujący damę w opałach. O tym będą śpiewali bardowie. Jeżeli chcesz żyć zostawimy Cię tutaj. Twoi paziowie obudzą się za niedługo, nie martw się też o dzikie zwierzęta, to nie te lasy. Po tym jak się obudzą, zabiorą Cię z powrotem do Adrusty, my zaś pojedziemy z powrotem do posiadłości ziemskiej tej o to pani.
– Skąd wiedzieliście?
– O tego to Ci nie powiemy. Wiedz, że dobro ma różne oczy i uszy, a czasami nawet język, które kierują innych do dobra. A teraz żegnaj. Lordzie… – powiedziała Katinka, weszła do karawany, a potem Arguli zawiózł ją z powrotem do matki.
Gdy powiedzieli jej co się stało, ta była niezmiernie zdziwiona, lecz zobaczyła, że Katinka miała rację mówiąc jej kiedyś, by nie stracić od razu Arguliego. Matka Katiny zgodziła się na ich ślub, który za niedługo się odbył.
I żyli długo i szczęśliwie…









