Jak pokochać listopad?
Gdyby sporządzić ranking najbardziej nielubianych miesięcy, to zapewne wygrałby listopad. Krótkie dni, mało światła, słońce zaspane, katary i przeziębienia, wyblakłe kolory, zimno, szaro, smutno, wilgotno, a i śnieg potrafi dokuczyć. Do tego jeszcze ten wiatr nieżyczliwy szalejący jak w pięknym wierszu Leszka Szczurka.
Wiatr jesienny szaleje
po wzgórzach
wzgardą lata zawiewa
łzy z deszczem przelewa
dni jesieni nadmiernie
przedłuża
wierzby trwogą pochylił
na bezdrożach się myli
nikt nie słucha
już jego pieśni
choć szaleje szeleści
szron na liście niewinne
już kładzie
chłodem dmuchnie
w dłonie
czasem zagra symfonię
sprzymierzeńca ma
w Listopadzie
Listopad ma niestety taką mokrą właściwość – zawsze sprowadza deszcz. Wanda Chotomska opisuje, jak to Pan Listopad pewnej nocy wymknął się razem z parasolem i fruwali nad miastem, wyczyniając różne rzeczy, co doprowadziło do dramatycznego finału.
Płaczącej wierzbie gładził
podobno czule włosy,
a potem bardzo długo
wycierał rynnom nosy.
I płakał przy tym, płakał,
i łez powstrzymać nie mógł,
choć wkrótce z tego płaczu
do suchej nitki przemókł.
I kto go wie, czy w końcu
w łzach własnych nie utonął,
bo rano nad kałużą
parasol znaleziono.
A propos deszczu, to warto przytoczyć pocieszające odkrycie Andrzeja Poniedzielskiego, że czasami rzeczywiście (w listopadzie) deszcz pada i pada, ale jedynie z góry.
Dopełnieniem tej posępności listopadowej jest fakt, że jedyny jego dzień świąteczny to święto zmarłych. W naszej Polanicy nie jest lepiej:
Fruwają liście nad parkiem, nad zdrojem,
już nie panuję nad złym nastrojem.
Listopadowo tu, tak jesiennie,
Gdzieś moja wena snuje się sennie.
Parafrazując Czesława Miłosza, na pytanie co sądzić o takim listopadzie, należałoby zwięźle odpowiedzieć: jestem przeciw!
Jak jednak przetrwać ten czas, jak wytrzymać listopadową ponurość? Po pierwsze – spróbujmy na tę porę wykrzesać resztki optymizmu, jak w tym oto wierszyku Wandy Grodzieńskiej pt. Listopad:
(…)
Deszcz zacina, wiatr dokucza.
Pustka, smutek dziś w ogrodzie.
Pan Listopad cicho mruczy,
nic nie szkodzi, nic nie szkodzi.
Po listowiu kroczy szybko
na ławeczce sobie siada.
Chłód i zimno. Mam dziś chrypkę.
Trudna rada, trudna rada.
Po drugie – dobrze byłoby zachować wiarę, że listopad to zjawisko tymczasowe, przejściowe, a ta jego smuta to rzecz subiektywna, jak w wierszu Agnieszki Osieckiej „Zaszumiało jesienią”:
Chociaż nie chce się wierzyć
To od ciebie zależy
Ile będzie jesieni w tym roku
Czy nas wiatrem zawieje
Czy zabierze nadzieje
I roztopi w zbyt wczesnym półmroku?
Czy uśmiechem jarzębin
Krótkie dni nam obrębi
I przyjaznym odezwie się świerszczem?
Czy się smutkiem zadławi
W czarnym kluczu żurawim
I niedobrym pożegna nas wierszem?
Czy nam jakoś przeminie
Przy nagrzanym kominie
Będzie śmiać się czy raczej zapłacze?
Czy zmokniętym szarakiem
Pójdzie z deszczem na bakier
Między drogi pożółkłe i sosny?
Czy jabłuszkiem wesołym
Będzie toczyć się kołem
I dotrwamy, przetrwamy do wiosny?
Po trzecie – na szczęście listopad to tylko trzydzieści dni, nie tak dużo. Da się wytrzymać, zwłaszcza z tym optymistycznym zawołaniem: no i co, że listopad? Listopad, listopad… i zaraz maj! Może to lekka przesada z tym optymizmem, ale ważne jest to, co przyjdzie po listopadzie? A tam już nadciąga grudzień i jego nastroje: mikołajki, choinka, Święta, sylwester, mamy na co czekać! Póki co, zawsze można usiąść w fotelu, przy lampie wieczornej i poczytać miniaturki jesienne, jakie proponuje Walentyna Anna Kubik. Poniżej trzy z nich. Zwracam uwagę na dwie kapitalne metafory poetki: pierwszą – o liściach, które „żegnają się z drzewami”, a drugą – jak to „zmierzch rozpina granatowy parasol”. Wyobraźnia i pomysłowość z dodatkiem jesiennej wrażliwości.
*Szelest jesieni
Liście żegnają się z drzewami
złociste latawce
tańczą na wietrze
aromatycznie pachną
Z wieży kościoła dzwony
dźwięcznie ogłaszają godziny
ich głos płynie daleko
Powietrze drży ze wzruszenia
*Jesiennie
Pachną złociste liście,
na pożegnanie lata słoneczny malarz
rozdaje kolory.
Rudość z czerwienią przeplatają się
w urokliwy gobelin.
Odleciały żurawie
szybciej zasypia niebo,
rankiem chłód pobiela wszystko.
***
Jesienny zachód słońca
stanął w ogniu nad lasem
wtapiając się w tęczę liści.
Zmierzch
powoli rozpinał
granatowy parasol
podążał do kolebki snu.
Po czwarte – trzeba dostrzec takie szczególne światełko w listopadowym tunelu. Otóż w listopadzie, kto ma – ten zawsze rozpala ogień w kominku. Ileż to przyjemności, ile doznań! Blask płonących drew, trzaskający ogień, ciepło, ciepełko, i jeszcze ten zapach, i fotel mięciutko przytulony do naszych pleców. Listopadowa idylla kominkowa. Fakt, trzeba potem popiół usunąć, podłogę wyczyścić, oj tam, taki rytuał. Zimą kominek już powszednieje i nie daje tyle frajdy, co w listopadzie. Wyszukałem w internecie jakże urokliwy tekst Krystyny Sławińskiej „Pastorałka przy kominku”, oto jego fragment:
Rozczochrany listopad
wstał tak koło południa,
kartkę zdarł z kalendarza -
coraz bliżej do grudnia.
Dzień ostatni wyczesał
z rosochatej jabłoni,
suche osty dokładnie
siwym chłodem oszronił.
A tu ogień w kominku,
za kominem świerszcz siedzi,
na gitarze coś brzdąka,
nad balladą się biedzi.
Skrzypki oddał w lombardzie,
jutro odda gitarę,
grzebień jeszcze mu został,
zdarty głos, nutek parę...
Zagraj na smutną nutę!
Zagraj świerszczu balladę!
Jutro grudzień nadciągnie,
czort już z tym listopadem.
Siądziemy przy kominku,
wysączymy łyk winka,
z grudniem święta nadciągną,
strzeli blaskiem choinka.
Może ci dobry anioł
skrzypki spłaci w lombardzie,
w roziskrzoną Wigilię
pod choinką je znajdziesz.(…)
Spróbujmy mimo wszystko pokochać listopad.
Na zdjęciu:
Listopadowa droga do grudnia a nawet dalej.