Opowiadanie: Milionerzy za trzy tony węgla

Autor: 
Dagmara Kacperowska
dagmara.jpg

Babka prawie w każdą sobotę jeździła na targ do Kłodzka. Raz lub dwa na tym targu ją okradli. Ale nie popuściła. Jeździła dalej. Faktem jest, że babka miała dość swobodny sposób przemieszczania się, co mogło jeśli nie zachęcić potencjalnego złodzieja, to na pewno dać mu „okazję” na łatwy łup. Seniorka poruszała się zawsze krokiem żwawym, dynamicznym i prostolinijnym. Ruchowi kończyn dolnych towarzyszył nieodłącznie ruch kończyn górnych, skoordynowanych na wymach siatką tudzież reklamówką, w której znajdował się skromny majątek babki w postaci portfela z emeryturą.
Tłumaczyłyśmy jej z mamą, żeby była ostrożniejsza i ten portfel trzymała w bezpieczniejszym miejscu. Ale na nic to się zdało. Nafuczała na nas, że nie będzie go przecież nosić w majtkach! No tak, dyskusja z seniorką i tak z góry skazana była na przegraną.
Od czasu do czasu jechałam z nią na ten targ, jako tragarz. Trzeba przyznać, że lubiła kupować, a zwłaszcza licytować się ze sprzedawcami.
- Pani, a ta bluzeczka co taka droga? Jak pani opuści trochę, to kupię. – na co w odpowiedzi babce, sprzedawczyni kiwa przecząco głową.
- Nie? – babka dalej ciągnie swoje. - Patrz pani! i naciąga tę nieszczęsną bluzkę z jednej strony – krzywo uszyta. To co spuści pani?
- A bierz pani i nie marudź już, bo mi klienci uciekają przez panią. – odparła sprzedawczyni szczerze już poirytowana babki nachalnością. Mistrzyni negocjacji. Nawet od Cyganki sprzedającej firany na metry potrafiła uszczknąć coś na swoją korzyść.
W końcu skradziony, czy też zgubiony (biorąc pod uwagę machanie siatką trudno stwierdzić, jak było w rzeczywistości) portfel musiał się jakoś zwrócić. Mnie to nigdy nie kręciło. Czułam się, jak żebrak proszący o pięć złotych rabatu. Babka przezywała mnie ciapą i wróżyła niezaradność życiową. No cóż. Nie każdy rodzi się jarmarcznym Rockefellerem, jak babka.
„Biznes” jej życia przypadł na rok 1995, podczas denominacji polskiego złotego. Był to koniec ery „milionerów”. Magiczny milion zamienił się w skromne sto złotych. Ciężko było się przestawić, zwłaszcza starszemu pokoleniu, które pamiętało jeszcze nieszczęsny rok 1950, kiedy to państwo pod przykrywką wymiany starych banknotów, ograbiło obywateli z większości ich oszczędności. Pocieszałam więc seniorkę, jak mogłam tłumacząc, że komunizm upadł prawie sześć lat temu i może być spokojna o swój portfel. Spoglądała tylko na mnie z lekkim niedowierzaniem. Niestety nie odgadłam, czy miała na myśli portfel, czy autentyczny upadek komuny. W sumie człowieka już nic chyba nie zdziwi. Przeżyliśmy (przynajmniej ja) Gierka i Jaruzelskiego. Przeżyliśmy mięso na kartki. Przeżyjemy i kolejne pomysły naszego rządu. Choć, jak listonosz przyniósł babce pierwszą po denominacji emeryturę, o mało nie zeszła na zawał. Jeszcze w grudniu 1994 roku było to dwa i pół miliona, a już w styczniu 1995 roku trzymała w ręce dwieście siedemdziesiąt osiem złotych polskich i trzydzieści sześć groszy. Dramat.
- Ale na trzy tony węgla powinno babci starczyć – zażartowałam.
Wiem, nie było to śmieszne. Sama nie zarabiałam zbyt dużo na zleconych tłumaczeniach. Gdyby nie to, że mieszkałam wraz z mamą i babką, ciężko byłoby mi odłożyć parę groszy na podróżowanie. Miało to jednakże swoją cenę. Zostałam starą panną.
Z wyboru babki. Owszem, przewinęło się kilku kandydatów. A to jeden był za leniwy, to drugi za chytry, trzeci siorbał przy stole... Poddałam się po kilku latach. Mieszkałyśmy więc same, trzy baby, trzy pokolenia. W wiosce mówili o nas „tercet egzotyczny”.

Wydania: