Opowiadanie – ONA
Ewa Podelska wysiadła ze swojego srebrnego Audi, zaparkowanego naprzeciw miejskiego ratusza. Zanim oddaliła się od samochodu, obeszła go wokół, sprawdzając czy koła nie przekraczają białych pasów oznaczających boksy parkingowe. Jej zachowanie wynikało z obawy, aby mniej wprawny kierowca, parkujący samochód obok, broń Boże przez nieuwagę nie zadrapał lakieru w jej samochodzie. Upewniwszy się, że zaparkowała samochód prawidłowo, pilotem włączyła alarm i na odchodne objęła pojazd długim, pieszczotliwym spojrzeniem. Mimo pozorów rutynowego zachowania nie była w dobrym nastroju, a poza samochodem, kupionym dwa tygodnie temu, niewiele ją obchodziło. Nawet psie odchody, walające się po całym placu uszły jej uwadze. Zawsze kopała je ze złością brudząc przy tym obuwie, które później jedna z kelnerek, zatykając nos musiała długo i dokładnie czyścić. Teraz zręcznie ominęła to, co zwykle doprowadzało ją do wściekłości, kierując się w stronę kawiarni, mieszczącej się w gmachu ratusza. Wejście do kawiarni znajdowało się obok wejścia głównego (nad czym Ewa trochę ubolewała), a cały lokal wnikał do olbrzymiego gmachu tylko częściowo. Dotykał jedynie zewnętrznej warstwy budowli, jak grubą skórę pomarańczy, nie naruszając wnętrza. Ewa Podelska zbliżyła się do wejścia. Ciężkie, masywne drzwi, których nie pozwolił zmienić pan Józef Majewski, główny konserwator zabytków w mieście, zamknięte były na dwa zamki antywłamaniowe typu „Gerda” oraz na klucz oryginalny, rzadko używany przez Ewę ze względu na jego wielkie rozmiary. Naciskając bez wielkiego wysiłku kutą z żelaza klamkę (konserwator zapewniał ją, że jest również oryginalna) i otwierając bez trudu ciężkie drzwi, Ewa z uznaniem pomyślała o ślusarzach, którzy zamkowi i zawiasom poświęcili kilka dni pracy, przybliżając tym samym termin otwarcia kawiarni. Dzisiaj mijały właśnie dwa miesiące od tej imprezy, po której wróciła zmęczona, ale bardzo szczęśliwa, wprost w ramiona Mariana. Dwa miesiące, które tak wiele zmieniły w jej życiu. Marian niestety, nie mógł brać udziału w inauguracji otwarcia.
Ewa otworzyła drzwi i zeszła w dół po kilku schodach, prowadzących do zaadaptowanego z piwnicy lokalu.
Z każdym krokiem zanurzała się coraz głębiej w specyficznej atmosferze lokalu. Z długiej sali powiało chłodem i wilgocią. Ewa tak jak co dzień, zostawiła drzwi wejściowe otwarte, aby wypuścić z wnętrza ciężkie powietrze. Zaduch kawiarni łączył się na placu przed ratuszem z nie mniej ciężkim, miejskim powietrzem, tworząc dziwną historyczno-współczesną mieszankę. Ewa jeszcze przed oficjalnym otwarciem lokalu zastanawiała się nad sposobem likwidacji przesyconego stęchlizną i wilgocią powietrza wypełniającego kawiarnię, na dodatek wydobywającego się nie wiadomo skąd. Za wszelką cenę pragnęła zlikwidować zapach, który przypominał jej okropną woń starości i upływającego czasu. Niestety z jej ambitnych planów zostało niewiele. Jej zapał i zaangażowania rozbiły się o mur biurokracji. Cóż bowiem mogła począć, gdy nad każdym jej krokiem czuwał, ze swoim mieczem wymyślonych (albo funkcjonujących jeszcze, nieżyciowych przepisów), konserwator zabytków. A przepisy te mówiły wyraźnie: w zabytkowym gmachu nie wolno wprowadzać żadnych zmian. Dlatego filary podtrzymujące łukowe sklepienie musiały pozostać w nienaruszonym stanie, mimo że Ewa planowała wykuć w nich otwory mające pomieścić kolorowe światła. Gdy wspomniała o swoich planach głównemu konserwatorowi, ten nie chciał nawet tego słuchać, a pewnego dnia, tracąc granice zdrowego rozsądku, sprawdzać zaczął nawet farby, które przeznaczone były do pomalowania wnętrza. Ewa nie tolerująca głupoty jakoś to przeżyła. Gorzej było z powietrzem, które co prawda nie podlegało przepisom, ale stanowiło niemały problem. Próby zlikwidowania stęchlizny przez nową właścicielkę kawiarni jedynym legalnym sposobem jakim było wietrzenie, nie na wiele się zdały.
W końcu poirytowana Ewa postanowiła zadusić przykry zapach mocniejszą wonią. Dlatego na każdym stoliku postawiła świece zapachowe. Gdy i to nie pomogło, dodała flakony z kadzidełkami i wonnościami ustawiając je w rogach sali. Gdy do tej kakofonii zapachów dodamy woń kawy, herbat różnego rodzaju oraz trunków, jakich tylko gardło może zapragnąć, możemy wyobrazić sobie w jakiej atmosferze przebywali goście, nie mówiąc już o jej właścicielce, którą jak łatwo się domyśleć, była.
Dlaczego Ewa zgodziła się wziąć w posiadanie kawiarnię, mimo kłopotów i utrudnień związanych z jej adaptacją, do końca nie wiadomo. Wiadomo jedynie, że nazwę kawiarni wymyśliła sama. Nazwę, która wprawiła wszystkich w zdumienie i konsternację. Bo cóż to za nazwa składająca się tylko z trzech liter. Cóż to za nazwa, której użycie budzi skojarzenia i podejrzenia. Cóż to bowiem za nazwa kawiarni „Ona”, świecąca w nocy nad wejściem do dusznego pomieszczenia. Pomysł nazwy narodził się przypadkowo, jeszcze przed załatwieniem wszystkich formalności związanych z przetargiem na lokal, o którym Ewa nie wyrażała się inaczej jak „ona”, mając przed oczami kawiarnię, prowadzoną jej ręką. Marian nie wtrącał się do jej projektu, wzruszając tylko ramionami, i zajmując tym samym bezpieczne, neutralne stanowisko. Po jakimś czasie wspominając gdziekolwiek o swoich planach na przyszłość Ewa używała tego jednego słowa „ona”. Pewnego razu zagalopowała się do tego stopnia, że jej przyjaciółka Jola przekonana była, iż Ewa mówiąc „ona” ma na myśli dziewczynkę, którą pragnie zaadoptować. Dostrzegając pomyłkę obróciła ją szybko w żart, dochodząc jednak (trochę zdziwiona) do wniosku, że nie do końca zna Ewę, mimo długoletniej z nią znajomości.
Za to pan Józef Malewski, poważny architekt, gdy usłyszał jak ma brzmieć napis w dokumentach rejestrujących lokal, nie krył oburzenia. Był jak się okazało, również strażnikiem poprawnego języka.
• Proszę pani, przecież to czyste szaleństwo – zwrócił się grzecznie do Ewy. - Nie może pani nazwać lokalu jakoś normalnie, po ludzku? - Na przykład „ratuszowa”, „ miejska” lub „staromiejska”, „grodzka” czy „piwniczna”. Przykładami sypał jak z rękawa, próbując udowodnić upartej kobiecie, że nie trzeba zbyt wielkiego wysiłku, aby zmianą nazwy (bądź co bądź lokalu mieszczącego się w urzędowym gmachu) zadowolić wielu obywateli miasta. Zwłaszcza tych znaczących.
Ewa Podelska odpowiedziała wówczas całkiem spokojnie, że nazwa kawiarni będzie właśnie taka, a nie inna, bez względu na to czy podoba się ona głównemu konserwatorowi czy nie.
• Proszę pani! – krzyknął wówczas pan Malewski, zdziwiony nieco swoją determinacją. - Ja nie pozwolę, aby wzięła pani w posiadanie tak cenną dla historii miasta... tak cenną dla jej mieszkańców część najważniejszej budowli i nazwała ją tak głupio... tak idiotycznie.
Wówczas Ewa, nie okazując jakichkolwiek oznak zdenerwowania spytała, czy główny konserwator idąc do pracy, depcze również po psich gównach tak jak ona, czy może ich nie zauważa?
A może traktuje je tak, jakby warte były ochrony przed zniszczeniem? Tego było już za wiele dla głównego konserwatora zabytków. Zaniemówił ze wzburzenia, wskazując drżącym palcem na drzwi. Gdy Ewa podniosła się z fotela i skierowała w ich kierunku krzyknął - Nigdy! Nigdy!
• To się jeszcze okaże – odpowiedziała słodkim głosem.
Już wkrótce okazało się, że to ona miała rację. Otrzymała pozwolenie na wieloletnią dzierżawę lokalu, przeznaczając ją na kawiarnię. Nad wejściem umieściła podświetlaną nazwę „ONA”. W jaki sposób stała się właścicielką lokalu nie wie nikt, oprócz niej samej.
A na pewno nie wie tego główny konserwator zabytków w mieście. Jak się wkrótce okazało, jej zwycięstwo w walce z nim nie było jedynym zwycięstwem, bowiem o dzierżawę lokalu starał się ktoś jeszcze. Była to osoba, której bardziej niż Ewie zależało na tym miejscu. Adam Lakowicz (bo o nim mowa), jeden z najbogatszych ludzi w mieście był święcie przekonany, że na długie lata wydzierżawi ten lokal. Niestety mylił się. Po niekorzystnym dla niego przetargu próbował wszelkimi sposobami zmienić decyzję komisji. Mimo, że w kieszeni miał bardzo mocne argumenty, jego walka okazała się nieskuteczne. Za zamkniętymi drzwiami przetarg wygrała Ewa Podelska. Kobieca przebiegłość i tym razem okazała się skuteczniejsza niż męska ambicja. Miała więc Ewa dodatkową satysfakcję z pokonania dużo silniejszego od siebie przeciwnika.
Gdy zapalając na stołach wonne świece, przypomniała sobie całą tę historię, związaną z tym najważniejszym dla niej miejscem, uśmiechnęła się do siebie. - Biedni faceci – myślała z ironią. - Gdyby wiedzieli, że przeszkody dodają jej jedynie sił, to nie rozpoczynaliby z nią walki . - No tak – usprawiedliwiła ich natychmiast. - Właściwie to skąd oni mogli o tym wiedzieć? Ona lubiła walczyć i... wygrywać. Stabilizacja oznaczała stagnację, a ta w jej przypadku apatię. Dlatego Ewa spiesząc do pracy, cieszyła się nawet z tego, że problem psich odchodów nie został jeszcze rozwiązany, i zapewne nigdy rozwiązany nie będzie. Codziennie więc miała przynajmniej jeden powód, aby chociaż trochę adrenaliny pojawiło się w jej krwi. Wtedy będzie mogła odczuwać to nieokreślone, niesprecyzowane do końca podniecenie, przez co życie nabiera koloru, staje się ciekawsze, bogatsze, pełne niespodzianek. Krążąc bez konkretnego celu pomiędzy stolikami, starała się wzbudzić w sobie radość z posiadania kawiarni. Zwłaszcza z tego faktu, że lokal znajduje się w samym centrum miasta, najlepszym miejscu, jakie można było sobie wymarzyć. Ale wymuszona radość nie mogła, mimo szczerych chęci przecisnąć się przez otaczającą ją mgłę zwątpienia.
Siadając przy pustym stoliku, nie oczekiwała jeszcze pierwszych gości. O tej wczesnej jak na ruch w kawiarni porze, dopasowywała jedynie swój nastrój do gęstej atmosfery, jaka panowała w podziemiu. Siedziała chwilę, wchłaniając w nozdrza nieokreślony bukiet zapachów wypełniających całe pomieszczenie. Po chwili wyszła na plac, sprawdzić pogodę, która decydowała o wystawieniu na zewnątrz stolików i parasoli. Dzisiaj niebo zwiastowało znośną aurę. Wróciła więc do środka czekając na swoich pracowników. Zrobiła kawę i zapaliła papierosa, rozglądając się po kawiarni tak, jakby znalazła się tutaj po raz pierwszy. Wystrój wnętrza w ogóle jej się nie podobał. Był bardzo skromny, prawie surowy. Ewa nie winiła jednak siebie za brak wyobraźni czy gustu. Winą obarczała ciasny gorset przepisów, z których jedne śmieszyły ją, a inne denerwowały. Bo cóż nagannego było w tym, że w planach miała instalację aparatury muzycznej najwyższej klasy po to by móc zatrudnić zespół muzyczny. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze. Była już po pierwszych rozmowach. A wszystko dla gości, aby mogli bawić się całą noc. Niestety, pan Malewski pozwolił zainstalować jej jedynie głośniki o bardzo małej mocy, z których siłą rzeczy płynęła cicha muzyka. Zdenerwowana Ewa nie mogła zrozumieć argumentu, że głośna muzyka może źle wpływać na wytrzymałość starych murów. Przekonała się wówczas, że zdobycie lokalu nie oznacza bynajmniej zdobycia w nim władzy. W tym miejscu pokonany urzędnik wykorzystał siłę wygrzebanych z lamusa przepisów.
A z przepisami trudno walczyć, bo do tego potrzebne są inne przepisy. Ewa Podelska niestety w tej dziedzinie nie była zbyt biegła. Wiedziała jednak, że do wszystkiego może dojść stopniowo, małymi kroczkami. Na horyzoncie majaczyła już świetlana przyszłość tego lokalu, znanego w całym powiecie.
- Tutaj będzie spotykać się cała śmietanka towarzyska miasta. Właśnie u niej. Właśnie „Ona” będzie ich celem. Ale jak to zwykle bywa z wielkimi marzeniami, rozbijają się one w zetknięciu z rzeczywistością, tak jak głos w zetknięciu ze skałą, stając się jedynie jego zanikającym echem.
Siedziała w pustej kawiarni, paląc papierosa jednego za drugim. Marzenia oddaliły się, chowając gdzieś po kątach, a myśli zatrute dymem bolały bardzo mocno. Mimo, że od wyjazdu jej męża za ocean minęło niewiele ponad rok, to w jej życiu zmieniło się wszystko. Do niedawna myślała, że na dobre. Bo do niedawna wszystko na to wskazywało. Była kochana, szczęśliwa, pełna optymizmu. Jednak ten nastrój gdzieś się schował, gdzieś odpłynął rozwiewając jak dym z papierosa. To dzisiejsze oczekiwane przez nią, tajemnicze spotkanie z przyjaciółką doprowadziło ja do takiego stanu. Ewa wbrew logice była niespokojna, nie wiadomo dlaczego pełna obaw. Niby wszystko szło po jej myśli, a jednak jakieś czarne chmury zbierały się nad nią. Z tego powodu była dzisiaj rozżalona. Nie ma przecież nic gorszego jak świadomość sukcesu, które może stać się porażką. Jako mocna kobieta wstydziła się łez. Zamiast nich, zrobiła sobie drinka. Zawsze topiła zły nastrój w alkoholu, więc i tym razem uczyniła to samo. Ale otaczająca ją rzeczywistość nie miała zamiaru rozpuścić się w płynie. Istniała tym wyraźniej, im więcej alkoholu wypełniało bolącą głowę.
Gdy tak siedziała w pustej kawiarni, a niezbyt wesołe myśli krążyły po jej głowie, przypomniała sobie znowu to, o czym wcale nie chciała pamiętać. Do niedawna była pewna, że wymazała już ten dzień z pamięci. Posiadała bowiem dar wymazywania z pamięci faktów, których nie chciała pamiętać . Ale z jej umiejętnościami stało się coś złego. Właśnie wtedy. Bo tamtego dnia otrzymała znak, przestrogę, ostrzeżenie. Dzisiaj była pewna, że tak w istocie było. Nie wiedziała tylko przed czym lub przed kim miała się strzec. Jakby tego było mało dzisiaj przekonała się również, że jej pamięć umie płatać niezłe figle, wymykając się spod kontroli, bardzo surowej kontroli.
Dokładnej daty tego wydarzenia nie była w stanie określić. Zresztą nie miało to wielkiego znaczenia. Było to może dwa albo trzy tygodnie temu. Niby nic wielkiego wtedy się nie wydarzyło, ale gdy zaczęła ów dzień sobie przypominać, jakiś cień niepokoju przebiegł po jej ciele. Już tamtego dnia intuicyjnie czuła coś, czego nie mogła określić, ale co ją bardzo zaniepokoiło. I, o dziwo, to spotkanie mające wtedy miejsce w tym lokalu, stawało jej przed oczami bardzo wyraźnie. Aż za wyraźnie jak na czas, który od niego minął. A już szczególnie dokładnie stawała przed jej oczami ta postać, która weszła wówczas do kawiarni.
Była nią kobieta, wysoka, szczupła, ubrana w czerń. Ewa nie mogła dostrzec dokładnie jej twarzy, bowiem zasłaniał ją również czarny kapelusz z szerokim rondem. W pierwszej chwili pomyślała, że wchodząca do kawiarni kobieta jest w żałobie. Nawet zrobiło jej się żal tej smutnej postaci. Ponieważ kelnerka zajęta była obsługą gości przy innym stoliku, Ewa sama podeszła do postaci w czerni, siedzącej samotnie w rogu sali. Chciała przyjąć zamówienie. Często tak robiła, nie chcąc narażać klientów na zbędne czekanie. Na pytanie czego sobie życzy, czarna postać uniosła nieco głowę. Niezbyt wysoko, ale wystarczająco, by można było zobaczyć jej nienormalnie bladą twarz o ostrych rysach. Ewa na moment znalazła się w zasięgu jej wzroku. I wtedy zmroził ją strach. Autentyczny, paniczny strach. Patrzyły na nią wielkie oczy, których koloru nie była w stanie określić, a w których było coś niesamowitego, coś co odepchnęło ją od stolika, jakby została porażona prądem.
W tych oczach zobaczyła wielką ziejącą pustkę. To nie były szklane, sztuczne oczy. Nie były też oczami, które nie widzą. To były oczy, w których wnętrzu świat ginął, jak w czarnej kosmicznej dziurze. Ewie wydawało się, że światło również znikło w ich wnętrzu.
Gdy już ochłonęła, spytała trochę drżącym głosem co ma podać. W tym momencie kobieta opuściła głowę, zakrywając tym samym swoją bladą twarz. Milczała. Trwało to długą chwilę, która dla Ewy stawała się jeszcze dłuższa niż była w rzeczywistości. Wreszcie kobieta odezwała się niskim, płynącym gdzieś z wnętrza głosem. Ewa nie zrozumiała z tego bełkotu ani słowa. Pomyślała z ulgą, że kobieta jest na pewno obcokrajowcem, w postaci której utrwalona została jakaś inna, nieznana Ewie kultura. Już w następnej chwili stwierdziła swoją pomyłkę. Kobieta poprawiła dykcję tak jak poprawia się włosy, i powtórzyła zamówienie bardzo wyraźnie, czystym, metalicznym głosem.
• Proszę o herbatę. Filiżankę herbaty z dużą ilością kawy.
W pierwszej chwili Ewa pomyślała, że kobieta żartuje. Spytała jeszcze raz, co ma podać. Wtedy kobieta w czerni powtórzyła zamówienie, dodając przy tym, że ma nadzieję, iż obsługująca ją wie, co to jest herbata z kawą. Spojrzała przy tym swoim niesamowitym wzrokiem na właścicielkę lokalu.
Wtedy Ewa nie wytrzymała tego spojrzenia. Uciekła w panice za kontuar. Gdy kelnerka, nie będąca świadkiem sceny sprzed minuty podeszła do kobiety w czerni, ta jak gdyby nigdy nic, zamówiła kawę.
Ewa paliła papierosa, przypominając sobie zachowanie kobiety w czerni, które miało miejsce dwa, albo trzy tygodnie temu.
Niespodziewanie, przerywając rozmyślania Ewy, pojawił się w drzwiach kawiarni pierwszy w dzisiejszym dniu gość. Był nim pan Ryszard, kierownik biura strategicznego rozwoju miasta, który miał zwyczaj wpadać rano na dwa słowa, a czasami na małego drinka wypijanego w pośpiechu, dla niepoznaki ze zwykłej szklanki.
• Dzień dobry pani Ewo. Nie słysząc odpowiedzi, powtórzył jeszcze raz trochę głośniej. - Dzień dobry pani Ewo! Kobieta siedząca przy stoliku w dalszym ciągu nie reagowała.
• Pani Ewo, to ja! – zwiększył siłę głosu pan Ryszard. Dopiero wtedy Ewa wpatrzona w stojącą na stoliku filiżankę zauważyła gościa.
• Przepraszam, trochę się zamyśliłam.
• Można prosić jednego, tak na szybko? – spytał poufale.
• Panie Ryśku. Wie pan, że dla pana zawsze... – powiedziała tym samym co on, tajemniczym tonem. Przygotowała mieszankę wódki i soku.
Pan Ryszard wypił jednym haustem pół szklanki żubrówki zmieszanej z niewielką ilością soku jabłkowego.
• Widzę, że coś panią gryzie? – zaczął rozmowę, mimo że bardzo się spieszył.
• Ależ skąd.
Pan Ryszard ucieszył się, że nie będzie musiał udawać zainteresowanego problemami kobiety. Skierował się do wyjścia.
• Gdyby pani czegoś potrzebowała, wie gdzie mnie można znaleźć.
Ewa została sama, ze swoimi niezbyt odległymi wspomnieniami. Na chwilę postać kobiety w czerni odpłynęła. Ale tylko na chwilę. Ewa sama przywołała jej obraz, drążąc miniony czas jak archeolog próbujący odczytać przyszłość na podstawie minionych zdarzeń. Tajemnicza kobieta w czerni siedziała tamtego dnia nad filiżanką kawy, nie wykonując żadnych ruchów. Ktoś obserwujący tę postać miałby złudzenie, że to nie jest żywa istota, tylko doskonale wykonany manekin. Od czasu do czasu manekin podnosił filiżankę z kawą do ust, dotykał ich przez chwilę i mechanicznym ruchem odstawiał ją na powrót. Po pierwszym szoku, spowodowanym zetknięciem z nieznajomą, Ewa zaczęła analizować jej zachowanie, z którym spotkała się po raz pierwszy. Może dlatego zareagowała strachem, co wcale nie było do niej podobne. Po trzech godzinach przyglądania się kobiecie w czerni, która zaczęła również intrygować pozostałych gości, Ewa była prawie pewna, że ma do czynienia z osobą nienormalną. Snuła różne przypuszczenia na jej temat, jedne bardziej dziwaczne od drugich. Przez moment, pchana ciekawością, miała nawet ochotę porozmawiać z nią, ale bała się swojej reakcji, którą znów mógł być odwrót. W tym czasie goście zaczęli opuszczać lokal, niby naturalnie, bez pośpiechu, ale właścicielka kawiarni wyczuła atmosferę ucieczki. Cholera z takim klientem! – zaklęła w którymś momencie pod nosem. - Przecież każdy normalny człowiek nie lubi przebywać w obecności wariatki.
A cóż dopiero wypoczywać w takim towarzystwie. Zastanawiała się intensywnie nad krokiem, który jako właścicielka lokalu powinna zrobić. Wahała się tylko przez moment, po czym zdecydowana na wszystko podeszła do stolika, przy którym siedziała tajemnicza postać i stanowczym głosem powiedziała, że za chwilę lokal zostanie zamknięty. Tym razem unikała wzroku nieznajomej, ale nie mogła przecież udawać, że patrzy w pustą przestrzeń. Ich oczy znów się spotkały. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się tym razem w normalne oczy skrzywdzonego dziecka. Czarna postać odezwała się tym razem cichym, jakby siłą wyduszonym z siebie głosem:
• Proszę nie patrzeć na mnie tak, jakbym była wariatką. Wcale nią nie jestem.
Ewa stała przed nią zaskoczona. Już zaczęła wątpić w to, o co podejrzewała tę kobietę. W tym momencie nieznajoma podniosła głos do krzyku:
• To ty jesteś wariatką, z tą swoją połową siwych włosów na głowie, i pomalowaną gębą.
Mimo, że ta rozmowa odbyła się dwa tygodnie temu, samo jej przypomnienie doprowadzało Ewę do wściekłości. Właśnie od tamtej pory próbowała bezskutecznie zapomnieć o tej rozmowie, a zwłaszcza o tym co wtedy kobieta powiedziała. Zwłaszcza ta wzmianka o siwych włosach nie dawało jej spokoju.
Ewa zaciągnęła się papierosem. Zrobiła to tak gwałtownie i tak głęboko, że na chwilę zabrakło jej powietrza w płucach. Paliła nerwowo. Można to było dostrzec po tym, jak papieros błyskawicznie znikał w ogniu i dymie. Jednak wcale nie uspokajał jej nerwów. Od tamtego dnia, jedno pytanie kołatało się w jej głowie jak trzepocąca, natrętna mucha. - Skąd ta wariatka wiedziała, że prawdziwy kolor połowy moich włosów to właśnie kolor siwy? – zastanawiała się. - Skąd, u diabła wiedziała, skoro kolor, który noszę oficjalnie od dawna, jest kolorem czarnym? Usiłowała sobie przypomnieć, czy przypadkiem nie spotkała już kiedyś tej kobiety. Jeżeli tak nawet było, to musiało być bardzo dawno. Przecież tajemnicę siwego koloru swoich włosów strzegła jak oka w głowie. Nawet jej mąż o tym nie wiedział. Zaczęła je farbować bardzo dawno. I to nie wszystkie włosy na głowie. Tylko ich część. Pozostałe miały naturalny, czarny kolor. Dziwnym trafem, tylko prawa strona jej głowy posiwiała w ciągu czterech dni. Właściwie one nie były siwe, lecz zrobiły się białe, jak skąpane w mleku. Było to w tym czasie, gdy jej ojciec, ranny w wypadku samochodowym leżał nieprzytomny w szpitalu. Jego stan był kryty. Lekarz stwierdził wówczas, żeby nie robiła sobie nadziei, bowiem jej ojciec nie ma szans na przeżycie. Mimo tego, na przekór losowi i całemu światu żyła nadzieją. Okazało się, że płonną nadzieją. To lekarz miał rację. Jej ojciec umarł piątego dnia.
W tym właśnie czasie stało się coś dziwnego z jej włosami. Tylko, że wtedy miała szesnaście lat, i wielką ochotę na pójście w ślady swojego kochanego ojca. Dzisiaj natomiast miała prawie trzydzieści dziewięć lat i ochotę na coś wręcz przeciwnego. W dalszym ciągu nie mogła zrozumieć jak to się stało, że tajemnicę skrywaną ponad dwadzieścia lat, ktoś nagle odkrył.
A tym bardziej, że tym kimś była jak się okazało, wariatka. W dodatku gdy Ewa uświadomiła sobie ten ogrom czasu, który miał skrywać kolor jej włosów wpadła w rozpacz. Zresztą zawsze, gdy uświadamiała sobie swój wiek, wpadała w rozpacz. Wtedy postanawiała, że będzie żyć jeszcze pełniej i intensywniej niż to robiła dotychczas. Pragnęła czerpać z życia całymi garściami, ile tylko mogła w nich zmieścić. Jakoś do niedawna jej się to udawało. Do niedawna.
Znów powrócił natrętny jak mucha obraz z przed tygodni. Na drugi dzień po incydencie z nieznajomą, Ewa w dalszym ciągu nie mogła sobie wybaczyć tego, że tak łatwo poddała się tamtego dnia obcej kobiecie. Nie dość, że została przez nią obrażona dwa razy w swoim lokalu, to jeszcze grzecznie przeprosiła ją. Ale to nie wszystko. Na koniec dodała, chyba wbrew jakiejkolwiek logice, wbrew samej sobie, że kawiarnia zawsze jest otwarta dla takich jak ona gości.
Rozmyślania Ewy przerwał zdenerwowany i poirytowany pan Ryszard, wpadając do kawiarni jak rzucony przez okno kamień. Był czerwony jak indor.
• Z tymi idiotami już nie wytrzymam – syczał od progu. - Kto to widział żeby kopać rów na środku placu!?
• Co też pan mówi? – udała zaciekawienie Ewa, chociaż problem pana Ryszarda obchodził ją mniej niż psie odchody.
• Ci idioci chcą wykopać rów w poprzek placu, aby nie mogły jeździć po nim samochody.
• Kto? Co za idioci? Co za rów? – udawała głębokie zaciekawienie problemem pana Ryszarda.
• Nie wie pani? To ci z ekologii.
E k o i d i o c i – wysylabizował
• Rzeczywiście niepoważni ludzie. – zgodziła się Ewa. Wiedziała, że Panu Ryśkowi trzeba zawsze potakiwać. Wtedy problem zniknie wraz z jego właścicielem.
Tak też się stało i tym razem. Pan Ryszard wypił na szybko szklaneczkę uspokajającej mieszanki, i już kierował się do wyjścia.
• A nie mówiłem, że mam rację. Idę po straż. Zaraz zrobią z nimi porządek.
Jak szybko wpadł tak szybko wybiegł. Ewa pokiwała z politowaniem głową wracając uparcie do pamiętnego dnia sprzed tygodni.
Kobieta w czerni wychodziła z kawiarni wyprostowana, na nogach sztywnych od długiego siedzenia.
O mało nie przewróciła się na schodach prowadzących w górę do wyjścia. Właścicielka kawiarni miała nadzieję, że nie usłyszy więcej o niej. Myliła się. Minęła niespełna godzina, gdy do kawiarni „Ona” dosłownie wpadła Jola, jej najbliższa przyjaciółka. Już od progu zaczęła dzielić się najnowszą wiadomością, która krążyła po mieście.
• Czy ty wiesz – zwróciła się zdyszana do Ewy – że z wariatkowa uciekła kobieta, która spaceruje po mieście i zaczepia mężczyzn.
Ewa tego nie wiedziała, więc zaciekawiona nadstawiła uszu.
• I wiesz co chce od nich? – Jola zawiesiła głos, chociaż z trudem hamowała się przed strzeleniem najnowszą wiadomością dnia.
• Nie wiem?
• Każdego z nich oskarża o gwałt! – krzyknęła.
• Niemożliwe.
• Siedzisz w jednym miejscu, więc nie wiesz co dzieje się na mieście. Istny popłoch. Mężczyźni chowają się po bramach, uciekają do domów.
• A gdzie jest policja, pogotowie, straż.
• To nie wszystko. Ona krzyczy coś o dziecku, które jej porwali.
• Kto jej porwał?
• Mężczyźni.
• Mężczyźni?
• Tak mówi. Samymi ogólnikami. Myślę, że jest na nich cięta jak nikt.
• Za co?
• A kto może o tym wiedzieć. Może ją ktoś zostawił?
• Niemożliwe, żeby z takiego powodu wariować.
Ewa przypomniawszy sobie rozmowę, która miała miejsce kilkanaście dni temu zaczerwieniła się, mimo że nikt jej nie obserwował. Tak niedawno była pewna tego co robi, do czego zmierza, jak postępuje. Dzisiaj już nie. A wszystko przez ten lokal, który tak naprawdę był i nie był jej, i przez ten tajemniczy ton Joli, jakiś obcy, daleki, bardzo zmieniony.
Miłość dopadła ją znienacka. Nigdy nie przypuszczała, że po jednej nocy spędzonej z obcym facetem będzie za nim tęsknić. W dodatku była wtedy mocno wstawiona. Idąc z Marianem do łóżka obiecywała sobie, że to będzie jeden jedyny raz. Nie miała żadnych wyrzutów sumienia. Przecież Jacek, jej mąż, od półtora roku siedział w Ameryce, przysyłając jedynie pieniądze i zdjęcia. Jak długo jednak można żyć zdjęciami i marzeniami. Zresztą przed jego wyjazdem też nie układało im się najlepiej. Ciągła gonitwa za towarem, który trzeba było jak najkorzystniej sprzedać. Ciągłe przeliczanie zysków i strat. I to wczesne wstawanie, aby otworzyć stragan przed innymi. Tak, aby Czesi kupowali najpierw u nich. Gdy handel przygraniczny załamał się z nieznanych nikomu w hali powodów, zdążyli uzbierać sporą gotówkę. Ale gdy gotówka zaczęła topnieć jak śnieg, widmo wegetacji zaczęło zaglądać do ich kawalerki. Gdyby chociaż mieli dzieci. Ale ona nie mogła ich mieć. Porozrzucane przez transformację cele zdawały się być tak mało realne, jak złapanie światła. Jedynie pieniądz stał się czymś namacalnym, mającym wartość samą w sobie. Dlatego Ewa ucieszyła się, gdy Jacek otrzymał wizę i wyruszył za ocean jak dziesięć lat wcześniej jego daleki krewny. Na początku rozstania pracowała nadal prowadząc stragan, marząc jednak o czymś lepszym. Do chwili gdy poznała Mariana. Wtedy narodził się pomysł (właściwie był to jego pomysł) z kawiarnią, który jak się wkrótce przekonała był bardzo dobrym pomysłem. Jednak Ewa unoszona na skrzydłach miłości, zrobiła coś, co każda zakochana kobieta zrobiłaby na jej miejscu. Aby zatrzymać ukochanego, wszystkie pieniądze, które przysyłał jej mąż, inwestowała na nazwisko Mariana. Nie oczekiwała od niego żadnych gwarancji, żadnych deklaracji o miłości, wierności ani planów związanych tylko z nią. Szalała za nim, i tęskniła każdego dnia, ponieważ Marian często znikał na kilka dni, a nawet tygodni, gdyż jego praca jako inżyniera polegała na ciągłych wyjazdach w teren, gdzie nadzorował niekończące się budowy. Ciągle było go za mało, za krótko. Sprzedała kawalerkę, zamieniając ją na niewielki, ale pięknie położony pod miastem domek. Oficjalnym właścicielem został naturalnie Marian. W tym przypadku dołożył nawet część pieniędzy, upewniając tym samym Ewę co do trafności wyboru najwspanialszego mężczyzny, jaki chodzi po ziemi. Kupiła samochód, naturalnie na nazwisko Mariana. Gdy Jola dowiedziała się, co jej przyjaciółka wyprawia z niemałą przecież fortuną, nie kryła oburzenia. Lecz o dziwo, po kilku dniach zaaprobowała postępowanie Ewy, która uradowana zmianą stanowiska najbliższej przyjaciółki stwierdziła, że jest teraz najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Wszystko układało się po jej myśli. Jacka pieniądze szły na wyposażenie mieszkania, zarobione w kawiarni szły natomiast na konto Mariana, a ona pełna zapału i inicjatywy pracowała od świtu do zmierzchu, szczęśliwa na samą myśl powrotu w jego ramiona. I wtedy stało się. Od tego dnia, gdy do kawiarni zawitała kobieta w czerni, Jacek przestał przysyłać pieniądze. I nie tylko. Przestał do niej dzwonić. Ewa zaniepokoiła się nie wiadomo dlaczego. Pieniądze były jej w dalszym ciągu potrzebne, gdyż przyzwyczaiła się już żyć na dużo wyższym niż z Jackiem poziomie, ale z drugiej strony uwolniona została od ciągłych kłamstw, którymi karmiła męża, a których repertuar był już na wyczerpaniu. Nieraz chciała wyznać mu całą prawdę, i zaproponować pozostanie za oceanem. Brakowało jej jednak odwagi. A może robiła to z wyrachowania. W każdym razie podjęcie tej decyzji ciągle oddalała od siebie, mając nadzieję, że problem sam zostanie za horyzontem. Gdy wspomniała Joli o braku wiadomości od Jacka, ta uspokoiła ją, mówiąc że na pewno wyjechał ze swoją firmą na inną budowę. Ewę o dziwo, uspokoiło wyjaśnienie przyjaciółki. I dalej wszystko układało się po jej myśli. Aż do dnia wczorajszego, kiedy to Jola zadzwoniła do niej i jakimś dziwnym głosem poinformowała ją, że koniecznie chce się z nią zobaczyć w kawiarni, najlepiej wcześnie rano kiedy jeszcze nie ma w niej nikogo. Ewę uderzyło nienaturalne zachowanie Joli, która mogła przecież odwiedzić ją w domu albo w kawiarni w każdej chwili bez zapowiadania.
- Co jej odbiło? – zastanawiała się, intuicyjnie czując, że ma to jakiś związek z nią samą albo z Marianem. Stąd jej niepokój, stąd oczekiwanie na coś nowego, nieznanego. Ewa z niepokojem analizowała dziwne zachowani przyjaciółki, lecz żadne logiczne rozwiązanie nie przychodziło jej do głowy. Dlatego była niespokojna.
Jola weszła do kawiarni przed godziną ósmą z dziwnym uśmiechem na ustach.
• Co się z tobą dzieje? Dlaczego nie przyszłaś do mnie? Dlaczego wyłączyłaś u siebie telefon? I skąd ten tajemniczy ton? Skąd ten uśmiech? – Ewa rzuciła w przyjaciółkę pytaniami jak gradem kamieni, mając nadzieję, że któryś będzie celny.
• Nic wielkiego – odpowiedziała zimno Jola przetrzymując nawałnicę pytań – Wyjeżdżam.
• I dopiero teraz mi to mówisz? – zdziwienie Ewy nie było udawane. - Dokąd? Dlaczego? Ewa świadomie nie zapytała z kim? Wiedziała, że Jola nie ma nikogo. Oprócz niej.
• Za ocean.
• Gdzie?! – krzyknęła Ewa nie wierząc własnym uszom. Coś jak ukłucie igłą poczuła w okolicach serca.
• Za ocean. Do Ameryki.
• Kiedy? Dlaczego? – wyszeptała Ewa. Nie mogła zrozumieć, że Jola, jej najbliższa przyjaciółka nie wspomniała o wyjeździe ani słowem. Jeszcze miała nadzieję, że ta ma dla niej jakąś zaskakującą wiadomość, specjalnie trzymaną do dnia dzisiejszego w głębokiej tajemnicy, po odkryciu której rzucą się sobie z radością w ramiona. Tylko ten jej metaliczny głos i ironiczny uśmiech mówiły Ewie, że na pewno nie będzie to miła niespodzianka.
• Wyjeżdżam dzisiaj.
• Ale dlaczego? – znów ten szept Ewy zamiast normalnego głosu.
• Wychodzę za mąż.
• Coś podobnego. I dopiero teraz mówisz mi o tym? A ja myślałam już o najgorszym.
• Wychodzę za Jacka.
• Podobnie jak ja – zażartowała Ewa.
• Wychodzę za twojego Jacka.
• Co?.. Co ty pleciesz? – krzyknęła Ewa.
• Uzgodniliśmy to miesiąc temu – zimnym, metalicznym głosem wyjaśniła Jola. Wtedy gdy kupiłaś samochód. Zawsze pragnęłam go. Bardziej niż ty.
Teraz Jola strzelała sensacyjnymi dla Ewy informacjami jak dziennikarz brukowej prasy obserwując z satysfakcją blednącą coraz bardziej twarz nienawidzonej przyjaciółki. - Zresztą kochaliśmy się od dawna. Ty, jak zawsze zapatrzona w siebie nawet tego nie zauważyłaś. Decyzję o tym, że będziemy razem podjęliśmy zaraz po tym jak poznałaś Mariana. Czekałam tylko na wizę.
• To...niemożliwe – wyszeptała Ewa. W gardle utkwił krzyk, którym pragnęła wyrazić swoje oburzenie. Kawiarnia zawirowała, sufit zamienił się miejscami z podłogą, stoliki znalazły się w jednej chwili w górze. Ewa zemdlała.
Jola, nie zwracając uwagi na leżącą Ewę wyszła z kawiarni. Rzuciła tylko w jej kierunku jedno słowo, które kiedyś rzucano w nią. - Dziwka.
Ewa podnosiła się z trudem. Bolała ją głowa, którą uderzyła w krawędź stołu. Ale jeszcze bardziej bolało ją zdrada Joli, najbliższej przyjaciółki. Teraz dopiero zaczęła sobie przypominać fakty, które ukazywały jej prawdziwe oblicze, a na które nie zwróciła wtedy najmniejszej uwagi. Potakiwanie Joli okazało się w świetle dzisiejszym, tylko zasłoną jej prawdziwego fałszywego oblicza, jej dwulicowego postępowania. Ewa nie mogła tego pojąć. Ani przez moment nie pomyślała o tym jak sama postępowała dotychczas. Dla niej usprawiedliwieniem była miłość do Mariana. Zawsze uważała, że w imię miłości można zrobić wszystko. To znaczy, ona mogła zrobić wszystko.
Trochę zamroczona, chwiejnym krokiem Ewa wyszła z kawiarni. Plac przed ratuszem zapełniał się powoli przechodniami. Pół godziny temu zapowiadała się piękna pogoda, a teraz niebo zasnuły chmury. Ewa zaczęła spacer wokół ratusza. Jakaś niewidoczna siła trzymała ją w tym miejscu, nie pozwalając oddalić się dalej niż sięga plac. Zrobiła jedną rundę, drugą, trzecią. Nie zwracała uwagi na awanturę związaną z wykopaniem rowu w poprzek placu. Próbowała jedynie powstrzymać się od płaczu, lecz chyba niezbyt skutecznie to robiła, gdyż łzy same napływały jej do oczu. Po każdej kolejnej rundzie łez jednak było coraz mniej. Powoli uspokajała się. W trakcie kolejnej zaczęła tłumaczyć sobie, że przecież sama tego chciała, przecież sama dążyła do uwolnienia się od Jacka. Jednak gdy wreszcie dotarło do jej świadomości, że jej najbliższa przyjaciółka okłamywała ją świadomie i perfidnie od bardzo dawna, przyspieszyła kroku i dumnie podnosząc głowę weszła do swojej kawiarni.
Kelnerki, które przyszły do pracy w czasie jej wędrówki, zaczęły już obsługiwać pierwszych gości. W kawiarni rozchodził się aromatyczny zapach kawy zmieszany z gwarem głosów. Ewa dochodziła już do ostatniego stopnia schodów prowadzących w dół, gdy dostrzegła siedzącego przy stoliku Mariana. Obok niego siedziała młoda kobieta, śliczna blondynka. Ewa wbrew samej sobie poczuła ukłucie zazdrości. W pierwszym odruchu chciała rzucić się w ramiona swojego mężczyzny, ale on uprzedził ją wstając i zapraszając oficjalnie do stolika. Ewie zrobiło się zimno w okolicach serca, ale usta skrzywiła do uśmiechu. W tym momencie pomyślała z wyrzutem, dlaczego nigdy nie wspomniał o swoim rodzeństwie. Logika podpowiadała jej bowiem, że piękna dziewczyna siedząca przy stoliku to jego siostra. Dostrzegała nawet podobieństwa. Mimo nieznanej jej u Mariana oschłości, której nie umiała jeszcze wyjaśnić, ucieszyła się jego obecnością. W tym momencie nic nie było tak ważne jak jej miłość, jej oddanie do niego. Jola i Jacek, kobieta w czerni i jakaś głupia intuicja, jakiś lęk i niepokój to była przeszłość, to były incydenty nie warte wspomnień. Ewa już wycierała gumką zapomnienia te fakty, które ją raniły.
• Muszę ci coś wyjaśnić – zaczął Marian nienaturalnie oficjalnym tonem.
• Nie wspomniałeś o tym, że masz tak piękną siostrę – powiedziała Ewa. Mam nadzieję, że przedstawisz nas sobie.
• Właśnie to chciałbym ci wyjaśnić. To nie jest moja siostra.
• Nieważne kim jest, i tak możesz nas przedstawić.
• To jest moja żona Małgosia.
Ewa roześmiała się. - Świetny żart. Zapomniałeś o naszym planowanym ślubie. Dzisiaj już mogę to potwierdzić. Jacek rozwiódł się ze mną przy pomocy mojej najlepszej przyjaciółki, z którą zamierza się pobrać. Jestem wolna, wolna!
Marian nie zwracał uwagi na jej wyjaśnienia. Dla niego była głupią, naiwną, a przy tym jeszcze zaborczą kobietą. Właśnie taką, którymi gardził, które rodziły się tylko po to , żeby mężczyźni mogli je wykorzystywać.
• Ja nie żartuję. To jest naprawdę moja żona. Pobraliśmy się trzy tygodnie temu.
Marian informował ją o tym jak o opadach deszczu, które mają wkrótce nadejść.
Ewa przesuwała wzrok z jednej postaci na drugą, nie mogąc zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Nie docierała do niej wiadomość, że Marian nie jest tym Marianem, którego znała i kochała, który do dzisiaj postępował tak jakby pragnął żyć tylkoz nią, któremu powierzyła wszystko to co posiadała. Dopiero teraz zauważyła, że na ich palcach znajdują się takie same obrączki.
• Jeszcze o jednym chciałbym cię poinformować – głos Mariana płynął z oddali. - Jak doskonale wiesz kawiarnia należy do mnie i mojej żony. Dom i samochód również. Tobie wynająłem kawalerkę. Niedaleko stąd. Przeniosłem też twoje rzeczy. Myślę, że ci się spodoba.
Ewa w tym momencie poczuła trzęsienie ziemi. Zdziwiła się jedynie dlaczego inni tego nie czują. Wstała na drewnianych nogach i skierowała się do wyjścia. Na którymś stopniu potknęła się i o mało nie upadła. Przy wyjściu spotkała się z panem Ryśkiem, który spojrzawszy na jej twarz uciekł w popłochu.
KONIEC