A co tam w Różanym Dworze...
– Biel kwitnącej jabłoni o ciepłym zmierzchu majowym, czyli jak to Tatko kochany miejsce pod Dom Rodzinny znalazł
Różany Dwór, Polanica
wiosna 2010 r.
Twoje Kwitnące Niebo
Twoje Serca Ogrody
Twój Czas niewinnie
młody
w Słońcu
w promieniach
tańczących
w gaju
mai się
świetlista Pogoda
w Maju
w Maju
w Maju . . .
(Monika Maciejczyk)
Jak to tak... że odchodzą ludzie, którzy zdawałoby się jak filary wieczności podtrzymywali Niebo. Ludzie, którzy byli zawsze przy nas lub tuż obok nas. I nagle wszystko się zmienia i ten świat, który znaliśmy tak dobrze, przestaje istnieć i pisze się sama nowa rzeczywistość bez naszej zgody i akceptacji. Żegnamy dobrze nam znanych i nagle rozpoznajemy nową rzeczywistość... już bez ich udziału. Pogrzeby i ostatnie pożegnania. Pochylmy głowy nad życiem co przeminęło, współczujmy rodzinom i bliskim. Tym wszystkim co pozostali tutaj. Trudne to chwile. Przerażające dni i noce, pełne smutku tygodnie, miesiące naznaczone poczuciem straty. Uciekamy, rozpaczliwie uciekamy do wspomnień, bo zdaje się nam, że dzięki nim przywracamy do życia tych, których kochamy. Bowiem kochamy nadal, choć już dawno temu odeszli. Przekroczyli granicę bez powrotu. A my tutaj tak bardzo chcemy aby powrócił czas, gdy żyli tuż obok nas, aby niemożliwe stało się możliwym.
I powiem Wam, że jest tylko jeden sposób na cudowne powroty do życia. To nasza pamięć. To projekcje dawnych czasów i wspólnych chwil, gdy zapominamy o złych godzinach, bowiem pamięć nasza eliminuje wszystko co złe i przywołuje najpiękniejsze chwile naszego życia. Jak dobrze, że mamy wspomnienia, a w nich otwierają się dawne światy, swoimi obrazami, urodą dni, zapachem kwiatów, które dawno przekwitły. Jak dobrze, że możemy powrócić.
Smutki i troski Czasu Pandemii przywołują wspomnienia dawnych lat. Maj śnieży się bielą sadów. Słodkich w słońcu, pełnych nektaru miłego pszczołom i śniegu białych płatków, gdy wieje ciepły wiatr. Majowe wieczory, gdy nadchodzi pierwszy zmierzch i słowiki. Maj się mai, majową pogodą. Wracam wspomnieniami do chwil, które przeminęły, a jednak trwają we mnie i dają niezwykłą moc. Moc przetrwania wszystkiego co złe.
A było to dawno, dawno temu w pewnej zielonej Dolinie, w miasteczku małym wśród dobrych ludzi. Lata 70. wspominamy z nostalgią. Jak to wtedy bywało. A nieco wcześniej, u schyłku lat 60. pamiętacie jak słuchało się Radia Wolna Europa. Gdy byłam dzieckiem, pamiętam moich kochanych rodziców pochylonych z zafrasowaną miną nad radiowym odbiornikiem.
A tam, z pudła podłużnego dobywały się dźwięki zaiste różne, różniste, a to gwizdy, skrzypienia, gulgoty, piski i rzężenia, generowane przez tak zwane zagłuszarki , będące oficjalnym narzędziem państwowym PRL uniemożliwiającym Polakom wysłuchania audycji radiowych nadawanych w języku polskim przez Radio Wolna Europa. Wiadomości niecenzurowanych zza żelaznej kurtyny. Oj, tak to bywało, że Matka moja czasem usłyszała coś zupełnie innego niż Ojciec. A później, to już dochodzili prawdy, kto usłyszał lepiej i co to oznaczać miało dla dnia jutrzejszego i dalszej przyszłości w naszym pięknym kraju. A przy tym, rodzice patrzyli na „smarkatą” z pewną obawą, czy też w szkole farby nie puści, czego to zacni rodziciele nocami nasłuchują. To były czasy...
Dziwne czasy. A przy tym piękne i pełne dobrostanu jaki niesie dzieciństwo szczęśliwego małego człowieka.
I nieuchronnie nadeszły lata 70. i złoty dla Polski czas gierkowski. A to były czasy swobody, która radośnie wyglądała tu i tam spod skostniałych mundurków. Otwarcie na Zachód, pierwsze paszporty, podróże i namiastka wolności. Wszystko jakby bliżej ludzi i dla... ludzi. W naród wstąpił nowy duch i otucha, że budzi się nowe, lepsze życie. Coś zmieniło się, coś drgnęło... niby niewiele i powoli, a jednak. A i wiele ludziom nie było trzeba, by poczuli się dobrze we własnym kraju. A kraj rozśpiewał się, pokabarecił, dowcipami sypał jak z rękawa i nic nikomu już za to nie groziło. Radosny i pełen nadziei czas. Zapaliły się wszystkie światełka we wszystkich tunelach razem z iskierkami nadziei.
A potem przyszło... Zielone światło dla budownictwa. Nie tych bloków piętrowych, w których wszyscy to samo i tak samo, tylko dla małych domków zwanych jednorodzinnymi. A to tak, że niby skromnie i z pewną nieśmiałością ... a jednak.
I w tym to czasie dobrej zmiany, mój Ojciec Chrzestny – profesor Michał Krauss, nestor chirurgii plastycznej w Polsce postanowił opuścić na stałe Szpital Chirurgii Plastycznej w Polanicy Zdroju, którego był dyrektorem i przenieść się do Warszawy.
W stolicy miał powstać kolejny, ważny ośrodek naukowy chirurgii plastycznej. Ojciec mój docent dr hab. Stanisław Maciejczyk, będący prekursorem chirurgii ręki w Polsce, poproszony został przez profesora Michała Kraussa o towarzyszenie mu w nowej odsłonie założycielskiej placówki naukowej w Warszawie. I był to dla mojego Tatki czas marzeń o powrocie do rodzinnej Warszawy, miejsca urodzenia i studiów. Miejsca, gdzie żyli ukochani rodzice. Rok 1973 rozpoczął się więc ogromnym domowym podnieceniem i snuciem głośnych planów powrotu ... do domu. Do miejsc znanych i kochanych, skąd ród się wiedzie. A pamiętam, że wtedy nic tu nie mieliśmy własnego, ani domu, ani nawet mieszkania. Mieszkaliśmy kątem na parterze budynku należącego do dra Zygmunta Niepokoja i jego żony. I tak to już jest w ludzkim tutaj bytowaniu, że jeśli nic w miejscu, gdzie żyjemy nie mamy, to i przywiązanie jakby niemrawe i korzeni brak.
Rodzice moi, młodzi lekarze – Stanisław i Henryka Maciejczykowie, radośni byli i pełni entuzjazmu, już jakby siedzący... na walizkach. I wtedy, stało się coś zupełnie nieprzewidywalnego. Bowiem dziecko ich... córka Monika, w mojej całej małej osobie i całą największą mocą... przeciwstawiła się bardzo świadomym decyzjom i planom rodziców. To był bój na argumenty. Prawdziwa batalia o moje przetrwanie w nowym dolnośląskim domu. W nowej, małej ojczyźnie. Byłam nieugięta w swoim postanowieniu pozostania w Polanicy. Ludzie, przyjaźnie, miejsca oswojone dzieciństwem, takie sercu bliskie. Kochane, drogie miasteczko. maleńkie i przyjazne. Przyroda, góry i lasy, łąki i pola. Rzeki i małe jeziora, strumyki leśne i jesienne grzybobrania. Kwitnące sady i wiatr, który tutaj wiał w koronach drzew i kołysał do snu. Niepogody i słoneczne pogody. Deszcze co sen sprowadzały i ukojenie. I mgły, co spowiły wieczną tajemnicą urodę tej ziemi. Sarny i jelenie, zające i groźne dziki, ptactwo.. niezliczone.
I miłość do tej krainy co w serce zapadła głęboko. No i ... całe dni trwało to przeciąganie liny ... to tu, to tam. Raz to rodzice wygrywali, raz to moje na wierzchu. Dnia któregoś powiedziałam dziecięcym głosem... jak tak to dobrze ... jedźcie sobie tam do Warszawy, a ja tu zostaję.
Aż wreszcie Tatko mój kochany poddał się i uległ. I dnia pewnego oznajmił mi tę decyzję... zostajemy. Trudno mi było uwierzyć, że naprawdę, a też w to, że dziecko wygrać może na argumenty. Tak to, złożyłam moim rodzicom propozycję nie do odrzucenia. Tak, tak... tak to było. A zdało mi się, że nie tylko ja pokochałam miejsce to na ziemi, ale i Tatko mój, choć jakoś ciężko mu było się do tego przyznać przy mojej mocnej, rzeczowej i twardej Matce. Wygrałam. Zostaliśmy. Najtrudniej było powiedzieć o tym mojemu Ojcu Chrzestnemu profesorowi Michałowi Kraussowi. Wuj wiązał z moim Ojcem swoje nadzieje na pomoc w organizowaniu placówki chirurgii plastycznej w Warszawie. Jednak kochał mnie i Tatkę mojego, i przyjął tę decyzję. Wszystko się wtedy zmieniło. Tatko miał zostać dyrektorem Szpitala Chirurgii Plastycznej w Polanicy Zdroju. Wielkie zadanie, które przyjął z ogromną powagą i poświęceniem. Zawsze w wolnej chwili przychodziłam do mojego Ojca o godz. 16-stej, gdy kończył pracę w szpitalu. Z dumą pokazywał mi okno gabinetu szpitalnego na I piętrze, wychodzącego na asfaltową drogę, którą szłam i mówił o widzisz, będę cię widział codziennie z okna mojego gabinetu, gdy będziesz po mnie szła...
Tak to było. Szczególna to była i pełna miłości relacja pomiędzy Ojcem i córką jedynaczką. Jedyną i najwspanialszą ze wszystkich córek na świecie. A później szliśmy do polanickiego kina, ale to już osobna historia i opowiem Państwu o tym później, być może jesienią.
Wróćmy jednak do nowego naszego miejsca w małym miasteczku.
Matka moja Henryka Maciejczyk, zwana przez wszystkich Basią, a słynąca z wielce pragmatycznego podejścia do życia, powiedziała któregoś dnia przy kolacji... no, to jeśli już tu zostaliśmy, to musimy mieć dom.
I tak też się stało. A czas, jak już wspomniałam wcześniej był sposobny i działek co nieco w Polanicy się znalazło. Wybrała się moja Matka dnia któregoś do urzędu miasta, do naczelnika i wróciła z mapą geodezyjną działek przeznaczonych do sprzedania prywatnym inwestorom. A że lekarze w miasteczku bardzo potrzebni byli, a i o niedoszłych planach emigracji głośno się stało w małym miasteczku, to i moi rodzice pierwsi dostali mapę i możliwość wyboru.
W pewne ciepłe słoneczne majowe popołudnie, tuż przed zmierzchem, wysłała Mateczka moja męża swojego Stasia z mapą w dłoni na rekonesans. A że Tatko, do pomysłu budowy domu ... tak do końca przekonany nie był, to Mama moja w swojej wielkiej mądrości, po przemyśleniu postanowiła Ojca w sposób prawdziwy i mocny w ten pomysł zaangażować. Tak, aby swój udział w zdecydowany i spersonalizowany sposób przyjął bez zbędnej dyskusji, myśląc że oto on jest sprawcą dzieła całego.
I poszedł Tatko na ten swój wiekopomny spacer po Polanicy. A spacer ten był niezwyczajny, bo zaowocować miał odnalezieniem miejsca na rodzinne gniazdo dla przyszłych pokoleń.
A to, po latach tułaczki, wojnach, okupacjach, powstaniach... takie miejsce spokoju, dobrostanu i ukojenia. Tam, gdzie człowiek składa głowę po wszelkich życiowych trudach i walkach. Miejsce skąd Moc i Chwała. A i to, biedny Tatko mocno był ową odpowiedzialnością przeciążony i sprawę zdawał sobie z wagi czynów i decyzji. A ta raz podjęta, miała już trwać, jak to mówią dzieci ... na zawsze. Bowiem w świecie ludzi dorosłych takie określenie nie funkcjonuje i nie osadza się w rzeczywistości.
Wróćmy do Tatka kochanego, drogiego Stasia, jak to mawiała Mateczka. A więc, Tatko wziął z rąk Mateczki mapę, włożył pod pachę; jak to zwykł był nosić książki swoje ukochane i poszedł.
A wędrówki te codzienne z naręczem książek rzeczą tu były zwyczajną i jak to mawiała pani Walentyna Leszczyszyn – Matka mojej najlepszej Przyjaciółki Basi... szedł Tatulek drogą i mocno zawsze przyciskał do siebie te książki, ściskał i przytulał... aby mu nie wypadły, co Boże broń, a głowę w chmurach miał i wzrok rozmarzony, niewidzący, nieobecny. Zawsze uśmiech na twarzy, którym obdzielał wszystkich i wszystko, i ogromną, przeogromną pogodę ducha. A oczy niebieskie jak bławatki. I tak go ludzie zapamiętali.
Ale wróćmy do Tatki, sunącego ulicami małego miasteczka z mapą przyszłości pod rękę.I przemierzył piechotką drogi i dróżki i... odnalazł. Znalazł to, czego szukał i był tego tak pewien jak niczego innego. Bo oto słońce za las się chowając oświetliło ostatnimi promieniami złotej poświaty... jabłonkę na śluby przybraną w bieli całą, a kwiaty szczelną kaskadą otuliły pień drzewa jak suknia z atłasów tkana. A nie była to zwyczajna jabłoń, jeno taka co ją tu jeszcze gospodarz niemiecki pracą rąk w ziemię skalistą, jałową wraził i patrzył latami jak rośnie i owocuje. Człowiek ten dawny z przeszłości koronę drzewa formował i układał, przycinając i prowadząc gałązki ku ziemi, a drzewko owocowe pięknie się tej pielęgnacji poddało powłóczyście konary skłaniając... wiosną obsypując kwieciem białym, a jesienią maleńkimi, zielono żółtymi, słodkimi jabłuszkami. Zielone, pachnące jabłuszka co Hans, czy Horst tu na miedzy przy kamiennym murku hodował.
I słońce za las się schowało i ciepły wieczór otulił wszystko swoją łagodnością, i słowików śpiewaniem i... blask śnieżnej bieli w zapadającym zmroku. I pomyślał Tatko kochany... to Dom. Tu jest nasz Dom. To jest to małe miejsce na całym świecie i innego być nie może. I wrócił Tatko z wiedzą i pewnością wielką. Matka moja uwierzyć nie mogła, że pośród kilkunastu pięknych działek, leżących w centrum naszego uzdrowiska... wybrał właśnie tę. Inne miejsca większe i bardziej słoneczne, przygotowane pod przyszłą budowę i leżące na równej powierzchni. Te inne usytuowane były wygodniej i bezpieczniej w miejscach bardziej cichych i przyjaznych. A tu, skrawek ziemi niczyjej na skale, pochyła górka zawieszona nad przepaścią, a w gó-rze tuż nad wszystkim zawieszony polanicki kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z dzwonem swoim starym, grającym w dzień zwyczajny i w święta. Kościół pełen wiernych i procesji, żyjący pełnią życia religijnego. Zdziwiła się Mateczka, bo Ojciec do kościoła nie chodził, a tu pisała się sama taka przedziwna historia.
A wszystko na kamienistej, jałowej glebie, na której nic nie rosło obok dzikich jeżyn, kłujących cierni i owej zaczarowanej bielusiej jabłonki.
Żałować Mateczka moja poczęła, że Tatkę na ten najważniejszy w życiu spacer wysłała samotnie. No cóż, stało się, a decyzja Ojca mojego zapadła jednoosobowo i w sposób nieznoszący sprzeciwu. Ten skrawek ziemi albo żaden inny. Argumenty mojej Matki były istotne, choć nie zmieniły niczego. Rozmowy trwały dnie i noce, aż Tatko orzekł, że jeśli nie tutaj, to po co w ogóle będziemy ten Dom budowali. I na tym stanęło... ta, albo żadna inna.
I była to propozycja nie do odrzucenia i słowo mojego Ojca ostatnie. Zaczarowany był to maj.
Tatko kochany zmarł w czerwcu i pozostawił żonę i córkę. Ale to już zupełnie inna historia.
W kilka lat później dzielna wdowa wybudowała Dom na skale. A później zakwitł różany ogród i Dom żyć począł własnym życiem. Piszą się tutaj od lat różne historie... wielkie i małe, a każda z nich może być tematem na opowiadanie.
I minęło wieku pół. A na miedzy, na kamienistym skrawku poletka, żyje jeszcze wciąż stara jabłonka i przypomina pewną małą, a wielką historię mojej Rodziny.