Opowiadanie: Wczoraj
Dzień zaczął się nieciekawie. Chodzi przede wszystkim o pogodę, gdy nie wiadomo, czy to już zima, czy jeszcze jesień. Było mgliście, chłodno i bardzo ponuro. Jednym słowem, depresyjna pogoda, która wnikała we wszystkie zakamarki duszy i ciała. Co robić w taki dzień, gdy rządzący skazali ludzi na areszt domowy, przedłużany co jakiś czas, z nieznanych do końca powodów? Nie mogłem się z tym pogodzić, więc postanowiłem coś zrobić z tym zamkniętym w czterech ścianach czasem. Niewielkie pole działania pozostawił wirus, mogący być wszędzie, a według sceptyków nigdzie. Wahałem się długo przed podjęciem decyzji. Gdy kolejny raz spojrzałem w okno, dostrzegłem promyk nadziei w prawdziwym promyku słońca, przebijającym się z trudem przez chmury. W tym momencie podjąłem decyzję i wyszedłem z domu. Mieszkam na osiedlu, które jest tylko jedną, z kilku oderwanych kończyn odnogą miasta, połączona z nim arteriami nierównych chodników i wąskich dróg. Postanowiłem wyjść na spacer, który pozwoliłby uspokoić ciało i skołatane nerwy. Wybrałem trasę, którą pokonywałem już wiele razy, ale w innych okolicznościach, a która wiodła do miasta leżącego w dolinie rzeki. Z mojej perspektywy ratusz miasta wystawał jak mały kolec z jego ciała, a twierdza ukryta z tej strony, chroniła skutecznie miasto przed najazdem wrogów. Postanowiłem wejść do miasta od strony zachodniej, okrążając twierdzę. Słońce zdołało już przebić grubą warstwę chmur i oświetlało trasę prowadzącą w stronę nieczynnego amfiteatru i zamkniętego campingu. Szedłem wśród szpaleru wysokich drzew , stojących jak rycerze na warcie. Drzewa, mimo że bez liści nigdy nie były dla mnie nagie. Jesienią i zimą były jak noworodki pokazujące całe swoje wdzięki, a ponieważ dzisiejszej nocy prószył śnieg, to były ubrane w delikatne białe szaty. Co chwilę zatrzymywałem się podnosząc głowę, a gapiąc się na gałęzie, szukałem w nich śladów życia. Gdy w pewnym momencie spojrzałem przed siebie, ujrzałem kobietę podążającą w tym samym co ja kierunku. Sylwetka nie zdradzała wieku, gdyż kobieta ubrana była w długie futro, a na głowie miała czapkę z futrzanym otokiem. Szła wolno odmierzając kroki jakby liczyła odległość, którą pokonała. Nagle, gdy zbliżałem się do niej, kobieta potknęła się i niebezpiecznie odchyliła w bok. Byłem na tyle blisko, że zdążyłem złapać ją za rękę. Gdy wróciła do stabilnej pozycji, odwróciła twarz w moją stronę.
– Dziękuję – powiedziała przytłumionym głosem.
Spojrzałem w jej oczy, bo tylko one były widoczne, gdyż reszta twarzy była ukryta pod czarną maseczką chroniącą przed wirusem.
- Przepraszam – zagadnąłem poufale – ale w parkach nie ma obowiązku noszenia maseczki.
- Rzeczywiście, zapomniałam.
Zdjęła maseczkę odkrywając twarz, którą można by określić jako szlachetną i dojrzałą, otoczoną nieśmiało wysuwającymi się spod czapki przyprószonymi na srebro włosami
– Idziemy chyba w tym samym kierunku? - zacząłem. Czy mogę pani towarzyszyć? Tak trudno teraz spotkać kogoś, a tym bardziej porozmawiać.
– Bardzo dziękuję za pomoc. Chętnie porozmawiam z panem podczas wspólnego spaceru – odpowiedziała
Szliśmy chwilę, obserwując otoczenie i wchłaniając ciszę parku, ukradkiem spoglądając na siebie. Kobieta miała ciemne oczy i usta posmarowane czymś błyszczącym. Domyśliłem się, że to ochrona przed zimnem. Mijaliśmy właśnie ogrodzony płotem teren campingu z drewnianymi domkami i amfiteatr, w którym nie było ławek, zamknięty na głucho, o czym informowała wywieszka na bramie wjazdowej. Kobieta zatrzymała się. Długo stała wpatrując się w teren znajdujący się za płotem. Po chwili mówiąc jakby do siebie, stwierdziła:
- I pomyśleć że ja opalałam się w tym miejscu wówczas, gdy była tutaj tylko duża polana. Mówiła to prawie szeptem.
Zamurowało mnie. Spojrzenie moje powędrowało w kierunku, w którym kobieta patrzyła.
- Ja, ja – jąkałem się z wrażenia- –ja też opalałem się w tym miejscu, gdy nie było tutaj nic oprócz trawy… I grałem w piłkę z kolegami.
- Kiedyś stał tutaj cyrk – dodałem, gdy przed moimi oczami pojawiły się kadry z przeszłości. Kobieta spojrzała na mnie uważnie.
– Skąd pan wie? – spytała.
– Bo byłem z rodzicami na występie.
Zaległa cisza. Oboje wpatrywaliśmy się w czas miniony, i o dziwo widzieliśmy to samo.
- Ja też byłam – stwierdziła. Ze swoim chłopakiem. Spotykaliśmy się tutaj codziennie po szkole.
Znów zapadło długie milczenie. Ogarnęły mnie nieokreślone emocje. Poczułem zawroty głowy i musiałem oprzeć się o metalowy płot. Po chwili kobieta mówiła dalej nie zwracając na mnie uwagi
- Czasami wchodziliśmy z moim chłopakiem na twierdzę. Przechodziliśmy przez wąski mur, żeby dostać się na ostatni wał i być tylko we dwoje.
- Ale tam jest głęboka fosa – powiedziałem wskazując ręką miejsce, gdzie kończy się teren campingu.
– Schodziliśmy po skałach – ciągnęła dalej opowieść – na których była zawieszona stalowa lina i części z gąsienicy czołgowej. Na drugą stronę było łatwe wejście, gdyż ktoś wykuł w nich stopnie.
Coraz szerzej otwierałem oczy z niedowierzania. Przez głowę przeleciała błyskawica wspomnień. Pamiętam, pamiętam – omal nie krzyknąłem – ale tylko pomyślałem, że kiedyś omal nie spadłem, gdy stalowa lina okazała się zbyt mokra, aby można ją było utrzymać w dłoniach.
- Już sobie przypomniałem – powiedziałem – w tamtym czasie schodziłem tędy po piłkę, która często wpadała nam do fosy, a ponieważ byłem najsprytniejszy, to popisywałem się swoją sprawnością przed kolegami. A te schody, po których pani wchodziła ze swoim chłopakiem wykuwaliśmy z kolegami młotkami.
Kobieta nie słuchała mnie. Była w swoim dawnym świecie, o czym świadczyły jej dalsze słowa. Bez emocji, głosem spikera kolejowego mówiła:
- Kiedyś podczas burzy mój chłopak zaprowadził mnie w podziemia i zabłądziliśmy. Długo nie mogliśmy trafić do wyjścia. Rodzice szukali nas przez pół nocy.
Tego już było dla mnie za wiele. Przecież ja z kolegami szukałem wówczas jakieś zagubionej pary. Prawie krzyczałem pytając:
- To była pani?
Bardziej zdziwionej miny, jaką miała kobieta chyba nikt jeszcze nie widział.
– Podczas burzy – ja zacząłem tym razem swoją opowieść – gałąź z tego – wskazałem potężny świerk rosnący z boku polany – spadła na jednego chłopaka z naszej grupy, i złamała mu nogę. Ktoś zawiadomił pogotowie, które bardzo szybko przyjechało.
– Tak wiem, to mój chłopak zawiadomił pogotowie –stwierdziła nieznajoma.
- A tym poszkodowanym był mój brat – dodałem
Znów zapadła cisza. Staliśmy oboje przed metalowym płotem, jak dwoje zgubionych wędrowców i gapiliśmy się w przestrzeń, którą ograniczały zabudowania domków kempingowych i w czas, który niczym nie był ograniczony. Po długiej chwili milczenia kobieta stwierdziła nie wiem dlaczego z uśmiechem:
- Jaki ten świat jest mały.
- Ale czas jest wielki i rządzi światem – dodałem z udawaną, mądrą miną, wpadając w ten sam filozoficzny ton, nie mając jednak na uwadze wieku kobiety.
- Nie wszystkim rządzą mężczyźni – powiedziała. Jedynie świat jest rodzaju męskiego – wyjaśniała.
Nie mogłem się z nią zgodzić.
- Przecież jest jeszcze czas, też rodzaju męskiego – powiedziałem.
- Ale czas składa się – kobieta zawiesiła głos – z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. A one są rodzaju żeńskiego.
Przyglądałem się dyskretnie kobiecie, szukając czegoś znajomego w jej twarzy i postaci. Niestety, nie mogłem sobie niczego związanego z nieznajomą przypomnieć, chociaż intuicyjne wyczuwałem w niej coś bliskiego. Szliśmy długą chwilę, kierując się w stronę następnej ścieżki, obejmującej twierdzę od strony wschodniej. Zatrzymaliśmy się dopiero przed samym jej początkiem, na którą wchodziło się pod bardzo ostrym kątem w prawo. Przed nami ukazała się dolina rzeki Nysy, dworzec kolejowy i zabudowania po drugiej stronie rzeki.
- Tutaj zjeżdżałam na sankach – kobieta w pewnym momencie zatrzymała się, podniosła rękę rysując szlak saneczkarski
- Ale wtedy nie było tutaj tych krzaków i małych drzew – odpowiedziałem w uzupełnieniu do jej słów
- Ja zjeżdżałem tutaj na drewnianych nartach – powiedziałem i pokazałem ręką ten sam szlak.
Długą chwilę staliśmy wpatrując się w odkrytą przestrzeń, którą o tej porze roku nie zasłaniały liście drzew.
- Widzi pan ten jasny budynek w oddali? – spytała kobieta przerywając ciszę
- To jest szpital – stwierdziłem
- Tam zmarł mój mąż – powiedziała, a właściwie wyszeptała.
W tym momencie tuż za naszymi plecami pojawiły się dwie młode dziewczyny, prowadząc na smyczy małego białego psa, który szczekał radośnie witając wszystkie spotkane osoby. Pochyliłem się, żeby pogłaskać radosnego psa, a jednocześnie przygotowywałem w głowie pytania, które chciałem zadać spotkanej kobiecie, bardzo ważne pytania. Gdy po chwili podniosłem głowę, kobiety nie było. Niespokojnie rozejrzałem się dokoła.
- Nie widziałyście gdzie poszła ta kobieta, która stała obok mnie – spytałem stojące obok dziewczyny?
Obie spojrzały na mnie ze zdziwieniem, nawet jakby lekko wystraszone.
– Tutaj żadnej kobiety nie było – powiedziały prawie chórem, patrząc podejrzliwie na mnie, a jedna zwracając się do koleżanki powiedziała:
- Musimy się spieszyć, chodź szybko.
Oddaliły się prawie biegnąc, a ja stałem jak zamarznięta morska fala, z szalejącymi w głowie emocjami. Obracałem głowę na wszystkie strony szukając znajomej sylwetki, ale widziałem tylko to, co zawsze było w tym miejscu – nagie drzewa. W głowie kłębiły mi się myśli, których nie mogłem zatrzymać. Byłem w stu procentach pewny, że słyszę jeszcze głos kobiety, która mówi o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – trzech kobietach które rządzą czasem.
Podczas całej powrotnej drogi próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie, kogo tak naprawdę spotkałem. Gdy to wreszcie sobie uświadomiłem, zatrzymałem się jak wryty. Wreszcie zrozumiałem.