Wakacje. Refleksja

Autor: 
Katarzyna Redmerska

Mimo zapewnień Premiera, że pandemia jest u nas w odwrocie, postanowiłam jednak zachować ostrożność i nie wybierać się tego lata ani nad morze, ani nad jezioro.
Tak na marginesie: jak patrzę na to bezmyślne Homo sapiens, do którego gatunku także, jakby nie było – należę – tłumnie urlopujące w czasie pandemii, w większości bez maseczek, leżące pokotem na plaży, przepychające się w Tatrach, nawiedzające mazurskie jeziora – to cholera mnie bierze i zachodzę w głowę, jak można być tak bezdennie bezmyślnym. Pandemia zbiera żniwo, a ci ludzie, jakby tego nie widzieli. Wierzą w zapewnienia Premiera? Wątpię. To raczej przejaw głupoty i ignorancji. „Mnie to nie dotyczy” – myśli sobie taki delikwent, i lezie jak to ciele w tłum lub baluje na weselisku. No, ale koniec z tym krytykanctwem. Pan Bóg po to dał nam rozum, by z niego korzystać. Jak ktoś sobie robi wolne od myślenia, to jego sprawa.
Wybrałam wypoczynek w lesie, gdzie jedynie mogę natknąć się na jelenia, sarnę, bądź dzika. Wiem, wiem, w ostatnim felietonie tak marudziłam na swoich zwierzęcych sąsiadów, a na wakacje pcham się w ich środowisko. Gdzie tu konsekwencja? - zapytacie. Ano tak wyszło.
Pobyt w lesie, konkretnie w urokliwym drewnianym domku, należał do bardzo przyjemnych. Żadna zwierzyna, ani ptactwo nie zakłócało mojego spokoju. No może poza jaskółkami, ale były to sytuacje można powiedzieć: incydentalne. Wypoczywałam więc sobie, relaksując się na łonie natury i nabierając werwy do pisania kolejnej powieści – w tym miejscu pozwolę sobie na swoistego rodzaju „lokowanie produktu”. Do tej pory omijałam w felietonach temat mojego pisarstwa – uważając, że samochwalstwo nie przystoi. Tym razem, Szanowni Czytelnicy pozwolą, że odstąpię od tej zasady i trochę się pochwalę. Zwłaszcza, że jak napomknęłam w jednym z niedawnych felietonów, czas zacząć promować swoją osobę, ta obstrukcja (czyt. zbytnia skromność) musi się skończyć. Nie, nie, bez obaw, nie będzie rozwolnienia – tylko i wyłącznie jednorazowe poluźnienie.
A więc przechodzę do sedna i z dumą oznajmiam, że moja powieść „Pora burzy” stała się hitem. W tym miejscu chciałabym podziękować moim czytelnikom – bez Was nie byłabym tym kim jestem, i nie byłabym tu gdzie jestem.
Sukces rozleniwia, niestety nie w moim przypadku. Wydawca grzecznie, ale z naciskiem poinformował, czego ode mnie oczekuje – a ja grzecznie zaczęłam tworzyć konspekt nowej powieści, lenistwo zostawiając sobie na później. Tak to z reguły bywa, że gdy mamy coś pilnego do roboty, niespodziewanie w naszej przestrzeni pojawia się coś ciekawego, co kompletnie każe nam zapomnieć, o tym, co to mieliśmy właśnie robić. Nie inaczej było i tym razem. Zasiadłszy nad konspektem powieści, w polu mojego wzroku pojawił się sąsiad, dodajmy: bardzo przystojny sąsiad. To co wzbudziło moją ciekawość, to rzucane przez niego w moim kierunku znaczące spojrzenia. Tak nagłe zainteresowanie moją osobą było tu wielce zagadkowe. Napomknę, że w domku letniskowym przebywałam już niemal od tygodnia, sąsiada widziałam ze trzy razy i za każdym razem, mówiąc kolokwialnie: osobnik ten mnie ignorował – a tu taka niespodzianka. No, no, pomyślałam sobie, cóż to też się stało, że tak nagle sobie o mnie przypomniał. Rzecz jasna w głowie zaświtała mi zaraz myśl, że może przeczytał gdzieś o mnie i moich literackich sukcesach, i teraz chce nawiązać bliższą relację ze „znaną” osobą. Uśmiechnęłam się z satysfakcją pod nosem i czekałam na dalszy rozwój wypadków, a te potoczyły się błyskawicznie. Sąsiad niebawem pojawił się na mojej posesji, uniżonym truchtem zbliżył się do tarasu, na którym siedziałam i zapytał z lekkim onieśmieleniem:
- Nie orientuje się może pani, w jakie dni przyjeżdża beczkowóz? Mam problem z szambem.
Tak, tak, proza życia potrafi zaskoczyć.

Wydania: