Układ dwubiegunowy staje się faktem

Autor: 
Jan Pokrywka

Miało już nie być o wyborach ale trudno od tego tematu uciec a to z jednego choćby powodu. Oto dr Jerzy Targalski, przy innej co prawda okazji, trafnie zauważył, że Polacy nie odróżniają rzeczywistości od fikcji. Opinie zwykłych ludzi ale także tych pretendujących do „rządu dusz” zdają się to potwierdzać. Propagandzistom czy to PiS-u czy KO (PO+N) udało się wykreować dwubiegunowy obraz z tymi partiami jako jedynymi, poza którymi jest już próżnia, a co potwierdza fakt, że preferencje wyborcze rozeszły się głównie w tych dwóch kierunkach. Czy oznacza to, że na partie prawicowe, czy to o charakterze narodowym, czy bardziej liberalnym, a nawet lewicowe, nie mówiąc już o tradycyjnie prorodzinnym PSL-u, nie ma zapotrzebowania? Bardziej interesujące jest coś innego. Otóż ludzie w większości nie rozumieją czym jest władza.
I nie chodzi już o tę na najwyższym szczeblu, pal licho, to jeszcze można zrozumieć, wszak większość ludzi nie ma kontaktów z ministrami czy premierem, a nawet nie ma potrzeby aby taki kontakt mieć. Co gorsza ludzie nie rozumieją czym jest władza na szczeblu lokalnym, czyli tego, że władza jest różna od wyborców, że to dwa światy równoległe. Wyborcy są potrzebni raz na jakiś czas do wrzucenia kartki do urny i na tym kończy się ich rola jako suwerena, podczas gdy władza to układ społeczno-zawodowy oparty na urzędzie, spółkach miejskich, instytucjach budżetowych i okołobudżetowych, które pozyskują środki w drodze przymusu od swojego elektoratu. Takie powiązania, będące często formą legalnych gangów, są na tyle silne aby, oprócz odpowiedniej propagandy, wpływać na preferencje wyborcze.
A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że mało kto dopuszcza myśl, że może być inaczej.

Kto i dlaczego atakuje Jerzego Ziębę?
Zanim odpowiem na to pytanie kilka słów wyjaśnienia. Ataki na Ziębę pojawiły się w październiku. Nagonka medialna dotyczyła kilku, bodajże 10 przypadków zachorowań na odrę, czemu miałyby być winne ruchy antyszczepionkowe, których liderem miałby być on właśnie. Zarzuca się mu także, że nie będąc lekarzem mówi o medycynie, a zwłaszcza o alternatywnych terapiach naturalnych. Ale, jak to ktoś powiedział, jeden przypadek śmierci to tragedia, milion to statystyka. Pokazywanie kilku przypadków zachorowań na odrę urosło do do rozmiarów hekatomby, a przecież w 1980 roku na odrę w Europie zachorowało ok. 850 tys. osób i świat się od tego nie zawalił. Ludzie zawsze chorowali, chorują i chorować będą i nie zmienia tego faktu postęp medycyny, bo kluczową sprawą jest odporność organizmu. Szczepionki mają w tym swój udział, bo prawdą jest, że dzięki nim uniknęliśmy wielu epidemii, ale jest tu i druga strona medalu. Pomijając fakt różnych poszczepionkowych powikłań, szczepienia, na pewien czas osłabiają układ immunologiczny narażając na inne infekcje. Prawdą też jest, że konsekwencją zachorowania na odrę może być, choć tylko w nielicznych przypadkach, schorzenie jelit ale też może się to zdarzyć w wyniku powikłań poszczepiennych.
Nie chodzi więc o to, co Zięba podkreśla za każdym razem i o czym każdy może się przekonać słuchając go choćby na YT, żeby się nie szczepić albo żeby się szczepić, ale żeby znać wszystkie możliwe konsekwencje takiego lub innego wyboru. Nie jest to więc problem medyczny, choć stanowi jego kanwę, ale zakres naszej wolności, ściślej – wolności wyboru. Niech każdy (rodzic) decyduje sam znając wszystkie za i przeciw, a nie żeby to robił za niego urzędnik. No ale co robić, gdy dziecko już na odrę zachoruje? Odizolować je, aby ograniczyć możliwość infekcji z zewnątrz, wzmocnić jego odporność poprzez suplementację witaminami C, A, B, D2, oraz cynkiem, magnezem i selenem. Warto podać węgiel aktywowany, co pomoże usunąć toksyny i najważniejsze – jak najwięcej wody – ok. 30 ml na kilogram masy ciała. I jeszcze jedno: nie zbijać gorączki do 39 stopni.
A teraz odpowiedź na zawarte w tytule pytanie. 31 grudnia upływa termin ważności do szczepionek przeciw odrze, śwince i różyczce. Są w magazynach i jeśli nie będą zużyte, muszą ulec utylizacji. Wszystko na to wskazuje, że będą utylizowane w naszych dzieciach.

Co ma wspólnego marsz niepodległości z marszem lewicy przez instytucje?
Jak co roku mamy w Polsce, a przynajmniej większych miastach, kontrowersje związane ze świętem 11 listopada, którego symbolem są marsze narodowców. One to właśnie są przedmiotem ataku sił postępowych tak zagranicznych jak krajowych, określających je mianem faszystowskich. Niesłusznie, aby to jednak wyjaśnić należy cofnąć się nieco w czasie.
Za datę marszu lewicy przez instytucje, choć korzeniami sięga lat 30. XX w., uznaje się rok 1968. Polega na opanowywaniu przede wszystkim oświaty, przemysłu rozrywkowego i mediów. A ponieważ socjaliści najpierw prowadzą do destrukcji aby potem odbudowywać na swoich zasadach, muszą zniszczyć wszystkie wartości tradycyjne z narodem, państwem, religią rodziną no i muszą mieć wroga. W XIX i XX wieku byli nim kapitaliści, teraz są nim wszystkie wartości tradycyjne. Stąd promocja mniejszości seksualnych z LGBT i genderyzmem włącznie, marsze równości, feminizm, itd. Narzędziem jest nowomowa, która przejawia się określaniem swoich przeciwników jako faszystów, a faszyzm jest złem, jak wiadomo. Tak więc kto jest przeciwnikiem lewactwa jest faszystą. Krótko mówiąc, ruchy narodowe, a mam tu na myśli pewną postawę a nie formację polityczną, są czymś, na co w Unii Europejskiej nie tylko nie ma miejsca, bo to jest sprzeczne z oficjalną ideologią, ale tym, co trzeba bezwzględnie zlikwidować. Tu nie ma miejsca na tolerancję, którą tak szermują zwolennicy postępu; tolerancja przysługuje jedynie im właśnie, a kto nie jest entuzjastą postępu jest faszystą.
Rząd PiS-owski ma więc zagwozdkę. Z jednej strony chce uchodzić za formację patriotyczną, z drugiej musi jakoś z tego wybrnąć przed zagranicznymi ośrodkami władzy, wywierający na nią naciski. Jakie to mogą być naciski?
Z pewnością gospodarcze, bo polskiej gospodarki już nie ma a resztówka jaka pozostała jest uzależniona od gospodarki unijnej. Poza tym są jeszcze kredyty. Nie wiemy jakie rozmowy toczą się za zamkniętymi drzwiami, ale nie można wykluczyć, że stawiane jest ultimatum: albo się podporządkujecie albo wykładamy weksle na stół.
PiS, będąc partią propaństwową ale nie narodową, usiłował wchłonąć ruch narodowy z marszem włącznie, co się do pewnego stopnia udało ale nie do końca. Ostatecznie zgodzono się na marsz ale z pewnymi ograniczeniami. Nie może na nim być innych symboli i barw jak państwowe. Narodowcy musieli to przyjąć bo nie mieli wyboru. Mają za to inny problem: do jakiego punktu mogą iść na kompromis bez utraty tożsamości. Z kolei PiS ma problem odwrotny: co zrobić jeśli nie uda się anihilować ruchu narodowego? Alternatywą jest rozwiązanie siłowe albo przeciwstawienie się zagranicznym ośrodkom, co jest mało prawdopodobne zważywszy, że rząd ustąpił już w tak ważnych, zdawałoby się kwestiach, jak przyjęcie uchodźców i reforma sądownictwa. Póki co jednak PiS próbuje lawirować stosując taktykę przeczekania. Jednak taktyka ta nie może być wieczna.
Coś się musi stać, do czego potrzebny jest jakiś pretekst, nieważne, czy rzeczywisty, fikcyjny czy sprowokowany. Zapowiadają się więc ciekawe czasy.

Wydania: