Refleksje znad Niemna
W ostatnim czasie spotkała mnie niekłamana przyjemność i możliwość odwiedzenia tego niezwykłego miejsca, a ponieważ podróż ta była doświadczeniem zupełnie odmiennym od poprzednich jemu podobnych, postanowiłam podzielić się kilkoma przemyśleniami z nią związanymi.
Po pierwsze tym, że pomimo tego, iż Białoruś leży blisko Polski, dostać się tam nie jest wcale łatwo, że jest to kraj pełen polskiej historii i że jest to miejsce, gdzie czas zdaje się płynąć własnym rytmem, a właściwe to zatrzymał się w miejscu, dzięki czemu ta część Europy zdaje się wciąż opierać wszechobecnym trendom tak charakterystycznym dla dwudziestego pierwszego wieku. Ale po kolei.
Każdy kto chciałby się wybrać na Białoruś musi się liczyć z obowiązkiem wizowym, a wizy turystyczne są niestety wydawane jedynie na osiem dni. Zważywszy zaś na fakt, że powierzchnia tego kraju jest nieznacznie mniejsza od powierzchni Polski, nie da się niestety w tak krótkim czasie zobaczyć wszystkiego, co by się zobaczyć pragnęło. Dlatego też podczas mojej podróży skupiłam się na najważniejszych miastach tegoż państwa, leżących po jego zachodniej stronie, czyli: Grodnie i Brześciu, a także na stolicy kraju Mińsku, zahaczając po drodze o najważniejsze zabytki Białorusi, które wymienione są w każdym dość trudno dostępnym, przewodniku: twierdzę Mir, Chatyń, zamek w Nieświeżu, co i tak pozwoliło na przebycie setek kilometrów i pozostawiło niezatarte wrażenia. Jakie?
Nie jest moim zamiarem rozwodzenie się tutaj nad każdym miejscem, w którym dane mi było na Białorusi postawić nogę. O historii tych miejsc, ich charakterze i przeznaczeniu opowiedzieć może każdy przewodnik i tam odsyłam też wszystkich ciekawskich i żądnych szczegółowych informacji, okraszonych datami i nazwiskami. Ja ze swej strony pragnę podzielić się własnymi spostrzeżeniami, które mogą się wydawać co niektórym dość naiwne, ale które były zarazem odczuciami towarzyszącymi mi podczas całej podróży
Białoruś jest krajem innym. Bez wątpienia. Zdawał mi się ten kraj przywoływać mgliste wspomnienie Polski wczesnych lat dziewięćdziesiątych, zaraz po przeobrażeniach, gdzie wszystkie miasta i nie tylko miasta, zdawały się dopiero jakby budzić do życia po latach letargu. I tak właśnie jawiły mi się przede wszystkim Grodno i Brześć – miasta, które zdają się ze wszystkich sił próbować dopasować do miast zachodniej Europy, ale które mimo wszystko wciąż bardzo się od nich różnią. Nie ma tutaj widocznych na każdym kroku krzykliwych neonów z reklamami, niekończących się korków na ulicach, ogromnych wieżowców i miliona supermarketów, które zdają się wlaczyć między sobą o każdy skrawek gruntu i każdego konsumenta. Wszystkiego jest mniej, wszystko jakby naznaczone wciąż zębem czasu. Tutaj na pierwszym planie zdają się wysuwać blokowiska z szarej płyty, tworząc oryginalną panoramę tych miast, a nad Brześciem najważniejszym punktem górującym nad wszystkimi innymi jest Brześć Centralny – stacja kolejowa przebudowana w latach 50. ubiegłego wieku w stylu „klasycyzmu stalinowskiego”.
W takim też stylu zaprojektowana została również cała stolica kraju, Mińsk i jest to miasto zupełnie inne, niż stolice europejskie, które dane mi było do tej pory zwiedzić. Mińsk, zupełnie zniszczony w czasie drugiej wojny światowej został ponownie odbudowany przez komunistyczne władze, które nie szczędziły materiału i rozmachu – ogromne granitowe gmachy, szerokie ulice, blokowiska, których wielkość przyprawia o ból głowy, a także wszechobecne pomniki, w tym te uosabiające wodza rewolucji Lenina, zdającego się bacznie obserwować przechodniów sunących szerokimi chodnikami i parkami. Dla przeciętnego Europejczyka atmosfera niczym z powieści Orwella – zupełnie odmienna od zgiełku wielkich metropolii Zachodu. Jedynym „kameralnym” miejscem w mieście zdaje się być okolica ratusza i katedry katolickiej, gdzie można przysiąść w jednej z przytulnych kawiarnii przy filiżance kawy na przykład i poobserwować panoramę miasta.
Podobne odczucia towarzyszą, gdy przejeżdża się przez prowincje i wsie. Tutaj czas zdaje się płynąć inaczej, a właściwie zdaje się, że w ogóle stanął w miejscu – drewniane chaty, czasami częściowo już niestety zapadnięte, stanowią wizytówkę białoruskich wsi, a bocianie gniazda, którymi przyozdobiony jest niemalże co drugi słup elektroniczny, stanowią dopełnienie tego oryginalnego kolażu. Na drogach trwają leniwie roboty i nikt nie przejmuje się tym, że odcinki, na których odbywa się właśnie remont i leży pas rozsypanego żwiru, są w tym samym czasie udostępnione również dla ruchu drogowego i poddają próbie umiejętności i nerwy jeżdżących tamtędy kierowców.
Po powrocie do Polski najczęstszym pytaniem, jakie mi zadawano było to, czy na Białorusi jest ładnie. W moim jakże subiektywnym stwierdzeniu odrzeknę, że na pewno nie jest to kraj, który należy podziwiać i który ma się podobać. Nie jest to na pewno miejsce, do jakich życzylibyśmy sobie pojechać na urlop w celach wypoczynkowych. Wydaje mi się, że jest to kraj, który by w pełni dostrzec jego obraz i charakter trzeba przede wszystkim zrozumieć, zgłębić lata burzliwej i krwawej historii, która często nie szczędziła jego mieszkańców. Tego nie da się jednak uczynić w osiem dni i wymaga to na pewno nie jednego powrotu, wiążącego się z załatwieniem formalności i stawianiem czoła białoruskim urzędnikom. Czy warto?
Po powrocie do Polski zaczęłam studiować mapę zachodniej części kraju z miastami i miejscami, których nie zdążyłam zobaczyć tym razem, a które definitywnie odwiedzę następnym.