Bunt na pokładzie
W ostatnich dniach zaistniał fakt, który normy konstytucyjne i zdroworozsądkowe jawnie przekreśla – oto Unia Metropolii Polskich proklamowała de facto własną politykę międzynarodową, sprzeczną z polityką władz centralnych. Chodzi o imigrantów, których rząd nie chce, zaś prezydenci naszych „metropolii” wystąpili z votum separatum. Opublikowali nawet manifest proklamując utopię „bezpiecznego zarządzania migracjami”. Co więcej mają utworzyć zespół roboczy ds. migracji i integracji, który ma być „wspierany wiedzą specjalistyczną dwóch kluczowych organizacji: Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) oraz Biura Wysokiego Komisarza Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców (UNHCR)”. Jest to przekroczenie kompetencji UMP, która formalnie ma status fundacji, nie może więc uprawiać żadnej polityki zagranicznej, a tym bardziej odmiennej od linii rządu i odwoływać się do wsparcia organizacji międzynarodowych.
Pod manifestem wydanym pod szyldem UMP podpisali się prezydenci: Białegostoku, Bydgoszczy, Gdańska, Krakowa, Lublina, Łodzi, Poznania, Rzeszowa, Szczecina, Wrocławia i Warszawy, a przytomność umysłu wykazał jedynie prezydent Katowic.
Bez względu na retorykę, jest to próba destabilizacji państwa w wymiarze mikro na razie, taki balonik próbny, jak dalece można się posunąć. Bo przecież nie o żadnych imigrantów tu chodzi, oni są jedynie pretekstem, ale o prymat władzy sądowniczej (judykatury) nad ustawodawczą (legistarura) i wykonawczą (egzekutywa) o utworzenie alternatywnego stanu prawnego na części terytorium Polski.
Działania te przeszły niezauważone przez społeczeństwo, co specjalnie nie dziwi, ale dziwi, że i przez rząd, czyli „żoliborską grupę rekonstrukcji historycznej sanacji”.
To oczywisty dowód kwestionowania przez sygnatariuszy suwerenności rządu w prowadzeniu polityki zagranicznej państwa, ale, ponieważ nie może być tu próżni, ktoś w tym zakresie musi rząd zastąpić. UMP nie, bo nie ma na to możliwości ani personalnych, ani materialnych, wobec czego musi to być jakaś potężna organizacja niejawna, która za tym stoi. Niezależnie jednak od tego nie można przejść obojętnie nad wrażeniem „powtórki z rozrywki”. No bo jeżeli politykę Unii Europejskiej kreują Niemcy, politykę zmierzającą do likwidacji państw narodowych i zastąpienia ich regionami, to działanie UMP w to się właśnie wpisuje, ale co więcej, to powrót do kształtu I Rzeszy z sejmem Rzeszy i grupą elektorów, oraz dużym rozdrobnieniem podmiotów politycznych, których było ponad 400: królestwa, księstwa, marchie, hrabstwa, palatynaty, landgrafostwa, kantony i wolne miasta. Ileż w tym podobieństw, nieprawdaż?
Czy Powstanie Warszawskie może nas czegoś nauczyć?
Gdy piszę te słowa trwają uroczystości z okazji 73 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego i, co trzeba przyznać, pojawiają się nieśmiało głosy rozsądku jak takie, że bilans zysków i strat jest nierówny i wyraźnie wyższy po stroni strat. Zysków właściwie nie ma wcale, przynajmniej dla polskiej ludności cywilnej, dla polskiej polityki zagranicznej i polskich sił zbrojnych.
W wyniku Powstania blisko 200 tys. osób zginęło, w przeważającej części cywilów, rozbite zostały podziemnie struktury wojskowe, zniszczono milionowe miasto, a rozmowy wielkie czwórki ustanawiły strefy wpływu na świecie.
Co w tym dziwnego – ktoś zapyta – przecież to wszystko wiadomo.
Owszem, wiadomo, ale nie wszystko. Aby lepiej pokazać tego słonia w składzie porcelany cofnijmy się kilka lat wstecz aby lepiej zrozumieć kontekst.
Już we wrześniu 1939 r. mamy pierwszą zagadkę: dlaczego wojskom polskim wydano rozkaz zakazujący walk z bolszewikami? Przecież w tym układzie walki z Niemcami traciły sens bo tak czy owak państwo przestaje istnieć. Ale potem sytuacja się „unormalnia”, niestety, tylko na chwilę: rozkaz z Londynu nakazuje wojsku polskiemu stać z bronią u nogi i ochraniać ludność cywilną czekając aż Niemcy i Rosja Sowiecka się wykrwawią. I jest to jedyna sensowna postawa leżąca w interesie Polski.
Niestety, przychodzi 30 lipiec 1941 i pakt Sikorski-Majski, a właściwie Sikorski-Stalin; od tej chwili rząd polski na uchodźstwie staje się sojusznikiem ZSRR i podejmuje działania zbrojne wobec Niemiec.
Przypomnę, że układ przywracał stosunki dyplomatyczne między oboma krajami zerwane 17 września 1939, oświadczenie rządu ZSRR, że pakt Ribbentrop-Mołotow stracił moc, deklarację wzajemnej pomocy w wojnie przeciw hitlerowskim Niemcom oraz zgodę rządu ZSRR na utworzenie na sowieckim terytorium Armii Polskiej pod dowództwem polskim. Dodatkowo rząd ZSRR zagwarantował amnestię dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach pracy. Te ostatnie to z pewnością plus, bo umożliwia kilkuset tysiącom zesłańców na powrót, niestety, w roli żołnierza. Za to sowieci odmówili zwrotu ziem polskich zajętych we wrześniu 1939 roku, nie miało to jednak znaczenia wobec późniejszych faktów, a to zerwania stosunków z polskim rządem na uchodźstwie po odkryciu zbrodni katyńskiej a i później, gdy sami zajęli wschodnie województwa polskie zgodnie z postanowieniami z Teheranu i Jałty. Ukoronowaniem tej polityki była akcja Burza – ujawnianie się oddziałów AK i oddanie się do dyspozycji dowódcom wkraczających na tereny polskie oddziałów sowieckich. Było to korzystne dla Brytyjczyków, którzy tradycyjnie posługiwali się cudzymi rękami.
Rok 1943 to nie tylko Teheran ale i śmierć gen. Sikorskiego nad Gibraltarem, człowieka uważanego za dobrego żołnierza ale słabego polityka, którego funkcja premiera wyraźnie przerosła w kontekście wpływów najpierw francuskich a później angielskich. Niestety, jego następca, S. Mikołajczyk był jeszcze gorszy, a jego wpływów nie równoważyła osoba gen. K. Sosnowskiego, naczelnego wodza polskich sił zbrojnych, dobrze rozumiejącego układy polityczne. I tu dochodzimy do istoty problemu. Dowódcy AK dokonali puczu, w wyniku którego gen. Bór-Komorowski został zmuszony do wydania rozkazu rozpoczęcia powstania. Jak do czegoś takiego mogło w ogóle dojść bez zgody naczelnego dowództwa?
W warunkach wojennych za coś takiego grozi kara śmierci i mogła przecież zostać na puczystach wykonana tak siłami krajowymi jak zrzutem cichociemnych. Do tego jednak nie doszło. Krótko mówiąc: dlaczego wpływ kogoś takiego jak Mikołajczyk był większy od wpływu Sosnkowskiego?
Dlaczego o tym piszę? Nie tylko by wskazać białe plamy w naszej historii ale i wskazać na wątki współczesne. Wniosek z powyższych rozważań jest taki, że prócz władzy widzialnej, w postaci rządu polskiego i naczelnego dowództwa na uchodźstwie, istniała władza realna, która miała wpływ nie tylko na mięczaków typu Sikorski i Mikołajczyk, ale miała przełożenie na kraj.
Jeżeli ktoś myśli, że to historia i dziś jest inaczej, bardzo się myli. Jest tak samo, tylko w innym opakowaniu i przy użyciu innej retoryki.
Ile kosztuje zdrowie?
„Ten tylko się dowie, kto je stracił” można powiedzieć trawestując słowa poety, tyle, że nie o poezję tu chodzi, ale o rzecz jak najbardziej przyziemną. Ale wróćmy do początku.
Każdy kto dostał skierowanie do lekarza specjalisty, czy na rehabilitację refundowaną z NFZ spotkał się ze czymś takim jak wyznaczenie terminu, niekiedy odległego tak bardzo, że urywa się związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy diagnozą a terapią, czyli traci to sens, pomijając, że pacjent zwyczajnie może nie dożyć wyznaczonego terminu. To pierwsze spostrzeżenie. Drugie, to takie, że prywatnie kolejek nie ma lub są symboliczne, czasami nawet w tym samym miejscu. Trzecie zaś i najważniejsze: każdy co miesiąc odprowadza kilkaset złotych składki na ubezpieczenie zdrowotne (druga część składki ZUS-owskiej idzie na ubezpieczenie społeczne). Gdyby więc, załóżmy, wyłączając przypadki szczególne, pacjenci mieli te składki na koncie i mogli nim dysponować, można by poddać się bez problemu leczeniu prywatnie i żadna reforma służby zdrowia nie byłaby potrzebna. Jest to wyjście najprostsze, ale jakoś każdy z ministrów zdrowia usilnie stara się nie zauważyć tego słonia w składzie porcelany.
Wyjaśnienie jest proste. Załóżmy (upraszczając dla lepszego zilustrowania problemu), że każdy odprowadza co miesiąc na ubezpieczenie zdrowotne 500 zł, co rocznie wyniosłoby 6 tys. zł. Mogłoby być i tak, że ktoś taki by nie chorował przez pond rok, ale potem zdarzyłaby się jakaś nieprzewidziana „awaria” organizmu wymagająca leczenia. Potencjalny pacjent udaje się do instytucji zarządzającej jego pieniędzmi przekonany, że ma powiedzmy 7 tys. zł, a tu zimny prysznic. Na koncie ma 1,5 tys. zł (słownie: półtora). Gdzie reszta, co się stało? – wykrzyknie. Ano, właśnie, stało się to, że reszta poszła na utrzymanie biurokracji: ZUS-u. NFZ-tu, Ministerstwa Zdrowia i innych pochodnych drobniejszego płazu. To by spowodowało oprzytomnienie, może nie wszystkich, ale większości. No i mogłaby się rozpocząć kontrrewolucja. Żeby do tego nie dopuścić, obmyślono sposób ukrycia tego, co by nie mówić, rabunku i pasożytnictwa, pod pretekstem bezpłatnej opieki zdrowotnej. I dlatego nie ma pieniędzy na leczenie, choć są lekarze i tzw. „moce przerobowe”, a i pieniądze być powinny.
Tak samo jest z bezpłatną oświatą i innymi cudownymi prezentami jakimi za nasze pieniądze raczą nas socjaliści, po potrąceniu, rzecz jasna, swojej części jako daniny.