Wiosna. Zmiany
Nadeszła wiosna – ptaszki śpiewają, listki zaczynają zielenić się na drzewach, zielenią się również okazałe chwasty etc. Słowem jest pięknie! Wraz z wiosną, wstąpiła we mnie werwa. Biorąc pod uwagę fakt, że mam już swoje lata, postanowiłam ten nagły przypływ sił wykorzystać do działania. Po przeanalizowaniu tego i owego (nie będę tutaj zanudzać Szanownych Czytelników) – stwierdziłam, że konieczne są po marazmie zimy – zmiany, znaczące zmiany. Przyznam, że podyktowane to jest troszkę zazdrością względem władzy, która tak rześko wprowadza co rusz, dobre zmiany. Patrzę z podziwem na ich działania i pytam siebie: Katarzyno, nie wstyd ci? Przecież, ty również tak możesz, tylko rusz tyłek! Proszę wybaczyć to mało eleganckie określenie, ale inna nazwa nie oddałaby powagi sytuacji.
Tak więc ruszyłam ochoczo zadek i rozpoczęłam „dobrą zmianę” od przetrzebienia ogrodu. Mówiąc wprost, ogołociłam miejsce z drzew, drzewek i co większych krzaków. Tak mnie to nakręciło, że zabrałam się za ogród sąsiadów. Wykorzystując ich nieobecność, pozwoliłam sobie wyciąć dwie sosny, jeden mały dąbek i trzy niewielkie brzózki. Ech, ależ mi się od razu przyjemniej zrobiło, gdy popatrzyłam na efekt swojej pracy - pustynia, jak okiem sięgnąć, poza kilkoma rabatami. Naprawdę, ogród mój i sąsiadów robi teraz wrażenie. Pociąć drewno, które pozostało po wycince, pomogło mi dwóch miejscowych „obszczymurków”. Tak nam się dobrze pracowało, że po zakończonej robocie, wychyliliśmy – oni po piwku, ja wodę mineralną. Po zasłużonym odpoczynku, postanowiłam zrelaksować się przy tak reklamowanym kinowym hicie: „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”. Wiosna, libido rośnie, dodatkowa zachęta, to 500+, pomyślałam sobie, że może się czegoś dodatkowego douczę i…do dzieła!
Szykowałam się na film co najmniej na poziomie dobrym. Owszem polskie filmy od lat mają poziom jaki mają (moja subiektywna opinia) – ale w tym przypadku myślałam, że nie da się tutaj nic sknocić. Pomyliłam się! Gdybym nie czytała książki pani Wisłockiej, pomyślałabym po obejrzeniu tego dzieła, że była to najzwyklejsza w świecie nimfomanka. Film mnie rozczarował. To coś z pogranicza bardzo niskich lotów filmu pornograficznego i kiczu zwanego sztuką. Tytuł, który bardziej by pasował do tego filmu to nie sztuka kochania lecz – sztuka rąbania, że pozwolę sobie pozostać w słownictwie powyższego tematu wycinkowego drzewostanu. Ze sztuką kochania nic tutaj wspólnego nie widziałam. Akt miłosny jaki jest każdy wie, więc nie będę się nad tym tematem rozwodzić. Zwłaszcza, że specjalistką nie jestem.
W tym filmie seks jest czystym konsumpcjonizmem, pokazanym w bardzo mało smaczny sposób. Podkreślam, że to moja subiektywna opinia. Pozwolę sobie jednak przy niej pozostać. Według mnie obraz ten nie odbiega o „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, gdzie również miało być tak spektakularnie, a skończyło się na nadpobudliwym jegomościu, który „wspomaga” się w łóżku lateksowymi zabawkami.
Summa summarum, wyszłam z seansu rozczarowana i zniesmaczona. Odechciało mi się cielesnych igraszek, libido spadło do poziomu zerowego. Przykro mi, nie wspomogę jak na razie kraju nowym obywatelem.
Humor poprawił mi stan konta, który w przeciwieństwie do libido, znacznie wzrósł po sprzedaży drewna z mojej wycinkowej akcji drzewostanu, jednej z zachodnich firm meblarskich. Postanowiłam uczcić ten zastrzyk gotówki, małym zakupowym szaleństwem i… nabyłam efektowną broszkę.