Trzeci sektor jak kolejna forma Lewiatana
„50 tysięcy złotych od Ministerstwa Kultury przeznaczono na badanie lokalnych mecenasów kultury (wcześniej np. badano Ochotnicze Straże Pożarne czy Koła Gospodyń Wiejskich). - To wymagało jeżdżenia po Polsce, spotykania się z ludźmi, prowadzenia wywiadów. Przeprowadziliśmy tzw. studia przypadków, ponad 100 wywiadów /…/ ”– powiedział prezes fundacji, w której radzie nadzorczej zasiada żona wicepremiera Glińskiego. I gdyby nie było wiadomo o co dokładnie chodzi, sam cytat mógłby sprawiać wrażenie, że pochodzi z filmu „Miś” czy innego filmu Barei. Ale wiemy, że niestety, to prawda. I ta prawda wyprowadziła ministra z równowagi, zrugał więc dziennikarza z TVPiS – jak rządową stację nazywa opozycja i skonkludował: „To, że ktoś jest z kimś spokrewniony, nie oznacza, że działania danej organizacji pozarządowej są naganne. (…) Jestem gotowy przeprosić panią Zofię Komorowską, Jakuba Wygnańskiego czy Różę Rzeplińską za to, że były stawiane w krytycznym świetle.”
Minister Gliński bredzi. Nie chodzi tu o jakąś abstrakcyjną naganność, ale o korupcję i nepotyzm. Powiązania jego żony z osobami w/w wskazują na nienaruszalność przed laty ustanowionej zasady: my nie ruszamy waszych wy nie ruszycie naszych. Bo też, powiedzmy to wyraźnie: chodzi o kasę płynącą z budżetu. Usłużni dziennikarze i inni mikrocefale broniąc Ministra twierdzili, że na całym świecie żony polityków i znanych osób prowadzą działalność dobroczynną. Różnie to bywa na całym świecie, ale są kraje, np. USA, gdzie obecność takich osób ma przyciągać fundusze od prywatnych sponsorów, podczas gdy u nas jest to budżetowa kroplówka. Ale przykład ten, co ważniejsze, ukazuje całą patologię tzw. trzeciego sektora, w skró-cie NGO – sektora organizacji pozarządowych.
Rzecz jasna organizacje o statusie stowarzyszenia, więc i fundacje, związki, towarzystwa itd., istniały od dawna ale ich rozrost na gigantyczną skalę rozpoczął się po przystąpieniu Polski do UE., co dało nowe możliwości pozyskiwania pieniędzy poprzez tzw. projekty. Te dzieliły się na twarde, czyli konkretne (np. budowa drogi) i miękkie, czyli nieokreślone i mętne, np. szkolenia, analizy, itp. Nietrudno zauważyć, że projekty twarde są trudniejsze do realizacji niż miękkie, stąd popularność tych drugich. Rzecz w tym, że chętnych do podziału tortu unijnych dotacji jest wielu, zbyt wielu. No i były jeszcze „dwie kotwice”: pierwsza, to konieczny udział środków własnych, że oceny projektów dokonywały urzędy. Bywało i tak, że dotację, mającą pokryć udział własny dokonywał ten sam urząd, który projekt oceniał. Krótko mówiąc, już po kilku latach „na rynku” NGO pozostały te organizacje, które miały odpowiednie powiązania z ekipą rządzącą. Tak to działa, a przykłady drogi przez mękę podać mogą wszyscy ci, którzy w swojej naiwności pozakładali różne stowarzyszenia i szybko zostali sprowadzeni na ziemię, gdy musieli utrzymać się z własnych składek. Ale jeśli wejdziemy o szczebel wyżej, ujrzymy rzecz w szerszej perspektywie. Jak wiadomo wolny rynek to swobodna wymiana towarów i usług rozumianych jak najszerzej, na którym rolę smaru pełni pieniądz. Ilość pieniądza musi być adekwatna, tzn. nie może go być za dużo ani za mało. W Polsce pieniędzy jest za mało, można by rzec, że pieniądz jest tu reglamentowany.
Z jednej strony płace są za niskie, z drugiej następuje drenaż w postaci podatków i różnych danin, procentów od rat kredytów i innych opłat bankowych oraz ubezpieczenia. W rezultacie mamy sytuację gdy z braku wystarczającej ilości pieniądza i regulacji prawnych rozwój prywatnej przedsiębiorczości jest utrudniony. Stąd też najłatwiej jest uzyskać dochody poprzez zatrudnienie w budżetówce, tak centralnej jak samorządowej, a ponieważ, mimo rozrostu, nie wszyscy się tam zmieszczą, bo kolejna ekipa, zgodnie z zasadą: my nie ruszamy waszych, a wy nie ruszycie naszych, musi znaleźć zatrudnienie dla swoich a nie może usunąć nie swoich, alternatywą jest trzeci sektor. Dlatego minister Gliński broni tego układu jak Rejtan niepodległości.
Podatkowy zawrót głowy
Grozi, gdy zacznie się porównywać to co w kampanii wyborczej PiS i A. Du-da obiecywali z tym co jest. Miała być pomoc dla najbiedniejszych i częściowo jest tyle, że jako rozdawnictwo. Tymczasem można byłoby osiągnąć to samo a nawet więcej w inny sposób, np. poprzez zmniejszenie wysokości podatku dochodowego, a to z kolei poprzez zwiększenie kwoty wolnej od opodatkowania. Co prawda takie działanie zostało podjęte ale w formie karykaturalnej a nie systemowej. Wygląda na to, że ekipa rządowa przestraszyła się samorządów, których dochody własne składają się w przeważającej części z odpisu od PITu właśnie, tak jakby interes mieszkańców gmin i budżetów gmin był różny, przeciwstawny a nawet sprzeczny, ale zostawmy to na chwilę.
Należy podkreślić, że „łączne opodatkowanie dochodów i wydatków osób o najniższych dochodach jest znacznie wyższe niż innych grup społecznych. Wynosi ono ponad 33%, gdyż najubożsi wydają wszystkie swoje dochody, nie oszczędzają, często zadłużają się, zaś w konsumpcji nabywają dobra podstawowe, obłożone wysoką stawką podatku VAT bądź akcyzą”. Poprawa, jak wspomniałem, może być sposobem administracyjnym, czyli rozdawnictwa np. 500+, lub podniesieniem płacy minimalnej, bądź zmniejszeniem a nawet zniesieniem ciężaru podatkowego, poprzez podniesienie kwoty wolnej od podatku. Pierwszy sposób podnosi koszty pracy i stwarza warunki do rozwoju szarej strefy, obciąża budżet państwa, sprzyja wzrostowi biurokracji, a więc stwarza nowe koszty, czyli – krótko mówiąc – obciążą budżet państwa z jednej strony, a demoralizuje ludzi z drugiej. To chyba jasne i nie trzeba tego dokładnie wyjaśniać. Rozwiązanie drugie podnosi dochody podatnika, normalizuje stosunki pracy, wzrasta szacunek do państwa, maleją wydatki na opiekę społeczną, urzędy skarbowe itp., zwiększa się popyt na rynku i obrót pieniężny.
Co prawda sejm uchwalił poniesienie kwoty wolnej z 3091 zł na ponad 6 000, czyli niemal dwukrotnie, ale ma ona dotyczyć najbiedniejszych. Jak to zostanie przeprowadzone – tego jeszcze nie wiemy nie znając przepisów wykonawczych ale dwie uwagi są tu istotne. Pierwsza to ograniczenie do określonej grupy społecznej a druga to sama wysokość kwoty. Dla porównania kwoty wolne od podatku wynoszą w przeliczeniu i przybliżeniu odpowiednio: na Słowacji - 15 tys. zł, w Niemczech – 36 tys. zł, a w Wielkiej Brytanii – 60 tys. zł – dla wszystkich. W Chorwacji zostanie ona zwiększona do 3,8 tys. HRK (2275 zł) w skali miesiąca, zamiast obecnego progu 2,6 tys. HRK (1556 zł) na miesiąc, czyli będzie 9 razy wyższa niż w Polsce! Można więc rzec, że im kwota wolna od podatku większa, tym podatek dochodowy mniejszy.
Od razu widać różnicę tym wyraźniej, że koszty życia we wszystkich krajach są porównywalne. Oznacza to, krótko mówiąc, że tam mają więcej pieniędzy do wydania niż tu, czyli, że na rynku jest więcej pieniądza. Jeżeli spojrzymy na to pod tym kątem zobaczymy, że jako rynki Niemcy czy Wielka Brytania są atrakcyjniejsze od Polski, a co za tym idzie, są to państwa traktowane poważniej niż nasze. I na nic nie zdadzą się zaklęcia, że 38-milionowy kraj jest atrakcyjnym rynkiem zbytu. Nie jest, bo za mało na nim pieniądza. Ale mniejsza o teoretyczne dywagacje, każdy może sprawdzić wartość rynku w praktyce, wystarczy zobaczyć ile lokali użytkowych jest wykorzystanych a ile pustych, jakie placówki dominują, jak wygląda życie wieczorowe w mieście, ilość klientów w restauracjach i kawiarniach i jak to się ma w porównaniu z innymi krajami.
Ale jest jeszcze inny aspekt sprawy. Podniesienie kwoty wolnej od podatku w wysokości podobnej lub wyższej jak w Chorwacji, zwiększyłoby miesięczne zarobki, bo pamiętajmy, że praca jest opodatkowana. Mogłyby one wynieść 2,5-3 tys. zł miesięcznie, a jest to kwota, która, wg badań, zachęciłaby Polaków do pozostania w kraju zamiast emigracji za chlebem z jednej strony, a z drugiej – zmniejszyłoby się zapotrzebowanie na pracowników z Ukrainy. W konsekwencji zarobione w Polsce pieniądze byłyby wydawane w kraju, zamiast na Ukrainie, gdzie ląduje część dochodów uzyskanych przez Ukraińców. Skoro wiem o tym ja, wie też z pewnością wicepremier Morawiecki, przez co jego motywy powinny skłaniać do refleksji.
Sondowanie
W jednym z programów Sonda 2 prowadzonego przez dra Rożka (doktora fizyki) poruszono temat długości życia. Jak wiadomo, nurtuje to ludzkość od dawna, tym bardziej, że informacje zawarte w Biblii wskazują, że przed potopem ludzie żyli po kilkaset lat a potem długość życia gwałtownie spadła. Teraz, dzięki postępowi medycyny, zmiany stylu życia, odżywiania, itd., znacznie się wydłużyła, co z kolei w polityce społecznej państw przełożyło się na wydłużenie wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę. Moim zdaniem, o czym pisałem tu ale też szerzej na stronie internetowej longevitas.pl, długość życia przed potopem miała też związek z ciśnieniem i składem atmosfery, co dzisiaj w skali globalnej jest nie do odtworzenia, a w skali mniejszej możliwe poprzez zastosowanie komór hiperbarycznych. Są jeszcze tzw. „zręczne środki” pozwalające poprawić zdrowie i kondycję, ale to wszystko w obecnych granicach życia, co jest również ważne. Bo, gdy władza mówi o przedłużeniu granic życia, mówi o wskaźnikach statystycznych, a nie o tym w jakiej kondycji żyją 60-70-latkowie, czyli czy żyją czy tylko wegetują. Rządów to, rzecz jasna, nie interesuje, bo nie o to chodzi, tylko o coraz mniej pieniędzy wpływających z tytułu podatku zwanego dla niepoznaki składką na ubezpieczenie społeczne z powodu niżu demograficznego. Po przedłużeniu wieku emerytalnego jest szansa, że gros potencjalnych emerytów tego momentu zwyczajnie nie doczeka a jeżeli nawet, to moment wypłaty zostanie oddalony w czasie. Co prawda nasz rząd, zgodnie z przedwyborczą obietnicą, obniżył wiek emerytalny ale kombinuje przy tzw. podatku jednolitym. Nowy podatek miałby się składać z dwóch części: podatku dochodowego i składki na ubezpieczenie społeczne, łącznie. Rzecz w tym, że taka składka płacona jest przez ludzi w różnej wysokości, a emerytura (o czym też się przebąkuje) ma zostać ujednolicona. Mnie to przypomina czasy, gdy tzw. podatek drogowy włączono w cenę benzyny, przez co benzyna podrożała a jakość i ilość dróg się nie zmieniła, ale zostawmy to i wróćmy do głównego nurtu rozważań. W Sondzie 2 pokazano mechanistyczny model człowieka, trochę jak w przypadku samochodu: szwankuje jakaś część to ją wymieniamy. Rzecz w tym, że o ile w samochodzie można to robić niemal w nieskończoność, to z ludźmi już nie, bo na przeszkodzie stoją telomery. Telomery to końcówki chromosomów, skracające się wraz z podziałem komórek, a mające wpływ na proces starzenia (można je przedłużyć a w każdym razie telomerazę powstrzymują witaminy: B12, D, C, E, cynk i kwasy omega-3). Można doraźnie wymieniać narządy i organy rzecz w tym, że dawców nie tak łatwo znaleźć ale i z tym nauka sobie poradziła umożliwiając odtworzenie danej części w organizmie innego człowieka. Prowadzi to w prostej linii do hodowli ludzi na części.
Mało tego. Nad życiem pracują korporacje, zawłaszczając coraz to większy obszar życia, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ostatnio jedna z nich opatentowała wzorzec życia – bakterię wytworzoną w laboratorium, a prawo do tego zatwierdził Sąd Najwyższy USA. Nowym terenem ekspansji są geny, które można opatentować jako własność intelektualną. W ten sposób życie powoli staje się towarem i ma określoną cenę. Idąc dalej, może dojść do produkcji ludzi o określonych wzorcach na podstawie genomu i późniejsza ich hodowla do rozmaitych celów.
Ziszcza się wizja z filmów i powieści horror-fantazy i to już na naszych oczach, a może być jeszcze gorzej. Gdy ludzie próbują zastępować Boga zawsze źle się to kończy. Dla ludzi.