Szwajcaria wyrzekła się dochodu gwarantowanego, ale my nie musimy

Autor: 
Jan Pokrywka

Można to nazwać dochodem gwarantowanym (DG) lub bezwarunkowym dochodem podstawowym (z angielska UBI), ale chodzi o to samo: każdy obywatel danego kraju otrzymuje określoną kwotę pieniężną niezależnie od tego czy pracuje i jaki dochód osiąga. Krótko mówiąc jest to gwarantowany przez państwo dochód dla wszystkich członków społeczności, zabezpieczający minimum życiowe. Od lat 70. minionego wieku eksperymentalnie wprowadzano go w różnych krajach, np. w Holandii, Danii, Niemczech, z inicjatywy urzędów centralnych i samorządowych, organizacji społecznych, związków i zawodowych, fundacji dobroczynnych i prywatnych przedsiębiorców. W Finlandii DG zostanie wprowadzony od listopada w wysokości 800 euro na osobę, co kosztować ma państwo 52 mld euro rocznie, przy czym początkowo będzie to pilotażowo 550 euro przy zachowaniu dotychczasowych świadczeń.
Możliwość przejścia na podobny model była rozważana w ostatnich miesiącach w Szwajcarii i zakończyło się referendum 5 czerwca br. Zakładano, że każdy dorosły Szwajcar (a także kilka niektórych kategorii cudzoziemców) dostanie od państwa co miesiąc 2,5 tys. franków szwajcarskich (CHF), a dzieci 625 CHF. Jednocześnie zniesione zostaną dotychczasowe formy pomocy społecznej. Przy okazji: przeciętna płaca wynosi tam 6000 CHF przed opodatkowaniem, natomiast maksymalna kwota wszystkich dotacji jakie Szwajcar teoretycznie może dostać w ramach socjalnego systemu to nieco mniej niż 2500 franków.
Zwolennicy DG przedstawili takie oto argumenty:
1. Postęp naukowo-techniczny prowadzi do stałego wzrostu efektywności pracy, a w rezultacie do jej mechanizacji, krótko mówiąc – zastępowania robotami żywych ludzi i do wzrostu bezrobocia. W tej kwestii Szwajcaria, w porównaniu z innymi krajami wypada dobrze – stopa bezrobocia to 3,1-3,5%, ale eksperci spodziewają się wzrostu do ponad 10%. Wniosek: DG jest deską ratunku przy masowych zwolnieniach ludzi z pracy. System DG, według zwolenników, zlikwiduje napięcia psychologiczne i społeczne w społeczeństwie (obawa przed utratą pracy). 2. DG pozwoli ludziom rozwinąć potencjał twórczy. Mając zagwarantowany dochód może człowiek zająć się tym, co odpowiada jego talentowi. Wskazywano przy tym na wyniki badań socjologicznych dowodzących, że zaledwie kilka procent nie zajmie się niczym. 3. Obecny system pomocy społecznej w Szwajcarii jest bardzo złożony i skomplikowany z powodu ogromu przepisów prawnych i składa się z dziesiątek, a według niektórych – z setek różnych zapomóg i korzyści, prowadząc do rozrostu biurokracji na poziomie konfederacji i kantonów. Coraz więcej pieniędzy przeznaczanych na wydatki socjalne przeżera biurokracja. 4. DG to dodatkowe pieniądze na rynku, co ożywi gospodarkę.
Argumenty „przeciw” były następujące: 1. Wprowadzenie DG osłabi szwajcarską gospodarkę i pogorszy atmosferę w społeczeństwie. Ludzie przestaną intensywnie i efektywnie pracować. Początkowo liczba ludzi niechcących pracować za to chcących prowadzić próżniacze życie, może być mała, jednak z czasem pracujący będą coraz bardziej niezadowoleni z tego, że jedni pracują a inni nie. 2. Korzyści z DG mają obywatele o niskich zarobkach. Na taki rodzaj pracy nie znajdzie się chętnych Szwajcarów i trzeba będzie sprowadzić imigrantów, co wiąże się z zagrożeniami społecznymi, kulturowymi i politycznymi. 3. Wariant DG przedłożony w referendum nie ma dostatecznych podstaw ekonomicznych, czyli że państwa na to nie stać.
4. DG w wysokości 2500 to trzykrotnie więcej niż obecne wydatki na programy socjalne. Trzeba więc będzie podnieść podatki a to obniży konkurencyjność szwajcarskiej gospodarki. 5. Referendum nie jest przejawem woli narodu lecz zaplanowanej akcji mającej na celu podzielenie Szwajcarów i uderzenie w gospodarkę. Zgubny efekt dla niej porównują do efektu naruszenia tajemnicy bankowej na początku dekady pod naciskiem Waszyngtonu. Podejrzewa się, że inicjatywna referendum zrodziła się nie w Szwajcarii ale w USA.
Argumenty zwolenników i przeciwników są, by tak rzec, uniwersalne, przy czym te pierwsze są merytoryczne, drugie zaś demagogiczne. Takie same byłyby użyte i w Polsce, gdyby doszło tu do poważnej dyskusji, co musi się stać prędzej czy później. Dla lewicy będzie to okazja do demonstrowania miłości do ludu, co, gdyby skończyło się sukcesem, powiększyłoby biurokrację, jak stało się to w przypadku 500+. Można jednak na to spojrzeć inaczej, jako na dywidendę otrzymywaną przez obywateli od zysków państwa jak to się dzieje w spółkach prawa handlowego. Kwestia wysokości jest otwarta, ale sądzę, że optymalna kwota to 1500 zł dla dorosłych Polaków lub 1000 zł na dorosłych i 5oo zł na wszystkie dzieci. Ten drugi wariant kosztowałby skarb państwa ok. 224 mld zł z uwz-ględnieniem zwrotu ok. 20% w postaci VAT-u. Z drugiej strony likwidacja wydatków na chałturę zwanej dla niepoznaki kulturą, oświatę, NFZ, programy socjalne, w tym dla bezrobotnych i wszystkie urzędy tym zarządzające przyniosłoby oszczędności niewiele niższe, bo 200 mld zł. Należy podkreślić, że w takim przypadku zlikwidowane zostałyby wszystkie ośrodki pomocy społecznej tak na szczeblu gminnym jak na powiatowym i nie chodzi tu tylko o zwolnienie pracowników, co już samo w sobie przyniosłoby duże oszczędności ale także sprzedaż budynków i związanych z nimi kosztów utrzymania. Dokładne oszacowanie skali oszczędności jest trudne, bo o ile w budżecie państwa jest to kwota ponad 40 mld zł, to spora część wydatków leży na barkach gmin, a to jest już bardziej skomplikowane do wyliczenia. Gminy nie chwalą się tym jaki jest procentowy udział kosztów utrzymania pracowników, budynków, telefonów, itd. w całości wydatków socjalnych, a często jest to ok. 70% w różnych samorządach. To samo dotyczy urzędów pracy. Pozostałą różnicę 24 mld zł można zniwelować poprzez reformę systemu emerytalnego i zmniejszeniu kosztów utrzymania ZUS; obecnie łączne wydatki wynoszą tu 234 mld zł brutto. Proponowany system DG zakłada jednoczesną możliwość pracy co oznacza, że szereg usług dziś wykonywanych przez państwo byłoby w możliwościach finansowych rodziny. Np. rodzina 2+2 miałaby łączny dochód (DG) 3 tys. zł, a przy założeniu, że oboje rodzice pracują zarabiając najniższą płacę, wyniósłby on niecałe 6 tysięcy zł miesięcznie. Rodzina taka, dodajmy, na jednym z najniższych szczebli uposażenia, miałaby środki na kształcenie dzieci i opłacenie podstawowej opieki zdrowotnej. Z kolei ograniczenie biurokracji w Polsce, przynajmniej do poziomu z 1990 r., mogłoby spowodować, że zysk z dochodu gwarantowanego byłby większy niż koszty, przy czym nie chodzi o zysk stricte materialny ale i ten na pozór niewidoczny ale istotny, jak np. poszerzenie sfery wolności obywateli, w tym wolności gospodarczej.

Lider Międzymorza
Najlepszą ilustracją dysonansu pomiędzy aspiracjami Polski jako lidera państw tzw. Grupy Wyszehradzkiej i dalej – Międzymorza, a faktycznymi możliwościami, jest to co się zdarzyło w Poznaniu podczas uroczystości Czerwiec’ 56. Władze tego miasta nie dopuściły Orkiestry Wojskowej do wykonania hymnu węgierskiego pomimo obecności prezydenta Węgier i Polski (rok 1956 jest równie ważny dla Węgrów). Sytuacja, gdy jakiś swawolny Dyzio dopuszcza się takiego afrontu i to zupełnie bezkarnie pokazuje, że o żadnym liderowaniu nie może być mowy. Lider bowiem powinien mieć siłę nie tylko narzucić swoją wolę partnerom, ale ochronić ich ludność i terytorium. Rząd polski takiej siły nie ma, co więcej, nie może nawet utrzymać porządku na własnym terytorium.
Co więcej, Polska nie jest atrakcyjna w jakiś inny sposób, ani gospodarczo, ani kulturowo, o nauce i technice nie wspominając. A zatem argument, że Polska musi być liderem, bo jest największym i najludniejszym państwem w Europie Środkowej spokojnie możemy pominąć, podobnie jak nawiązanie do dawnej świetności. To trochę jak z tą panną, która przystąpiła do spowiedzi wyznając jeden grzech, ten, że jest dumna. Spowiadający ksiądz próbował dociec przyczyn dumy, a to może niepospoliej urody, mądrości, dokonań, pochodzenie rodowego, itp. Ponieważ nic z tego nie miało miejsca spowiednik skonkludował, że panna owa nie jest dumna, ale po prostu głupia, a głupota to jeszcze nie grzech.
Skąd zatem te sny o potędze, te różne fantasmagorie snute przez naszych polityków? Moim zdaniem, odkąd polityka w naszym kraju stała się elementem przemysłu rozrywkowego, ma głównie na celu zagospodarowanie emocji społecznych i skanalizowanie ich w interesie sprawującej władzę ekipy, odciągając uwagę od spraw naprawdę ważnych. Poza tym, daje ułudę siły i godności w oczach samych Polaków.
To trochę tak jak z naszą reprezenta-cją piłkarską. Mimo przeciętnej gry i dziwnego zwycięstwa nad Niemcami (bez tego by się nie zakwalifikowała na Euro), była typowana co najmniej na finał, a pompujące ten balon media przekroczyły wszelkie granice rozumu. Rzeczywistość jak zwykle zweryfikowała te mrzonki, choć obciachu, jak to zdarzało się wcześniej, nie było.
W polityce jest inaczej. Pompowanie balonu lidera Międzymorza skończyć się może jeszcze większym stresem, utratą tego wszystkiego, co jeszcze pozostało. Trzeba mieć poczucie dumy narodowej ale opartej na realnych podstawach. Mrzonki to prosta droga do katastrofy.I mamy kolejny etap postępu
Na ostatniej sesji rady miasta Wałbrzycha przegłosowano ustawę o emisji obligacji miejskich pod zastaw kilkuset lokali mieszkalnych i użytkowych, z lokatorami jako wsadem gratis. Obligacje mają pokryć spłatę rat poprzednich kredytów, bez czego nastąpiłby krach, jako że zdłużenie miasta dochodzi do 90% jego dochodów. Ponieważ już wcześniej kilkakrotnie zastawiano pod zaciągane kredyty, można by rzec, że niczego nieświadoma ludność, przynajmniej w większości, jest już oddana w pacht, stanowiąc nową formę niewolnictwa. Bo przecież nie chodzi o mury ale o to, co można z nich wyciągnąć, czyli o ludzi. Postęp polega na tym, że teraz nie trzeba, przynajmniej na razie, używać siły, wystarczy dług. A ponieważ w Wałbrzychu rządzi PO, a w województwie – PiS, zaś wojewoda tychże uchwał rady nie wetuje, do czego miałby prawo, a premier nie zawiesza władz i nie wprowadza komisarza, można wnioskować, że jest to fragment większej całości, taki test, czy padgatowka, jak daleko można się posunąć. Aby jednak zrozumieć, dlaczego uważam to za etap postępu a nie epizod, ot taki wypadek przy pracy, muszę przedstawić rys historyczny.
Jak wiadomo, ludzie są wolni o ile posiadają jakąś nieruchomość, z której mogą z całą rodziną, nierzadko wielopokoleniową, przeżyć i to w miarę dobrze. Tak było kiedyś, gdy istniały wielkie majątki ziemskie zwane też latyfundiami. Postęp rozpoczął się atakiem na własność Kościoła, najpierw za sprawą herezji o charakterze rewolucyjnym, potem przez samych rewolucjonistów, którzy po uporaniu się z Kościołem, zabrali się za własność prywatną. Celem dodatkowym a może głównym było przemieszczenie dużych grup ludności ze wsi do miast, gdzie rodzący się przemysł potrzebował taniej siły roboczej.
A żeby ludziska się nie pokapowały, powstał socjalizm z kluczową rolą partii. Proces likwidacji ziemiaństwa na terenach polskich można ująć, upraszczając, w 3 etapach: jako represje po powstaniu styczniowym, reforma rolna za Piłsudskiego i walka z kułactwem po II wojnie światowej. Niedawno rząd przyjął ustawę uniemożliwiającą powstawania majątków ziemskich poprzez zakaz obrotu a nawet dziedziczenia ziemi, pod pretekstem ochrony jej przez obcokrajowcami.
Wróćmy jednak do głównego wątku rozważań. Powstanie klasy robotniczej stworzyło nowe problemy. Z jednej strony duże zakłady pracy generowały zarzewie buntu bez względu na to, czy był on autentyczny, czy inspirowany z zewnątrz, z drugiej strony, postęp techniczny sprawił, że taka ilość zatrudnionych przestała być potrzebna. W miastach poczęła rozrastać się klasa lumpenproletariatu, która także mogłaby stać się podpałką do buntu, dlatego trzeba ludzi wziąć za pysk. Taką metodą jest np. zadłużenie mieszkań komunalnych z żywym wsadem, pod pretekstem np. że w demokracji demos jest hegemonem, demos musi odpowiadać a długi zaciągnięte przez swoich przedstawicieli (widziały gały kogo wybierały). Stąd już tylko krok od przeniesienia tej zasady na cały naród łącznie z właścicielami nieruchomości.
Musi być tu jednak coś jeszcze. Taka prosta koincydencja ma jedną wadę: może spowodować bunt. Jest więc jeszcze jeden przynajmniej etap, np. przeniesienie ludności z powrotem na wieś ale bynajmniej nie w charakterze ziemian ale pańszczyźnianych na polach korporacji rolnych. Podstawa prawna już tam jakaś się znajdzie.

Wydania: