Przepis na dobra szkołę

Autor: 
Janusz Laska

Każdy chciałby, aby jego dzieci i wnuki chodziły do dobrej szkoły. Tylko co to znaczy „dobra szkoła”? Najlepiej by oczywiście było, gdyby nasze dzieci bez wysiłku, zużywając jak najmniej czasu i pieniędzy, w błyskawicznym tempie rozwinęły wszystkie swoje zdolności, dostały się na wymarzone uczelnie wyższe, po których znalazłyby świetnie opłacaną i interesującą pracę, a potem beztrosko żyły długo i szczęśliwie.
Pojawiają się jednak dwie trudności: po pierwsze, rozpoczynając swoją edukacyjną przygodę dzieci nie wiedzą co chciałyby robić w dorosłym życiu, po drugie, nikt z nas (polityków, samorządowców, rodziców i nauczycieli) nie ma pojęcia, jak będzie wyglądał świat za 20 lat, czyli wtedy, gdy rozpoczynający edukację młody człowiek zacznie swoje życie zawodowe. W związku z tym, moim zdaniem, należy kształcić młodych ludzi jak najszerzej, wielowątkowo, multidyscyplinarnie i interdyscyplinarnie. Szkoła, która nasze pociechy właśnie tak kształtuje, ma szansę być dobrą szkołą.
A jakie inne warunki musi spełnić placówka oświatowa, by można o niej mówić, że jest dobra?
Szkoła nauczycielem stoi. Dyrektor dobrej szkoły dba o to, by w gronie pedagogicznym znajdowali się wyłącznie pasjonaci swojego zawodu, tacy „edukacyjni szaleńcy boży”, kreatywni, z otwartymi głowami, niewypaleni zawodowo, potrafiący zarażać pasją powierzonych sobie uczniów. Nudne lekcje to największy grzech w szkole. Nudni nauczyciele to największy grzech dyrektorów szkół.
Kadra pedagogiczna powinna składać się z całego wachlarza osobowości,
w gronie pedagogicznym wszyscy nie mogą być tacy sami, różnorodność jest konieczna, aby uczniowie mogli rozwijać się w pełni. Niestety, kadra polskich szkół w większości jest sfeminizowana, co bardzo niekorzystnie wpływa na rozwój uczniów oraz na relacje wewnątrz grona pedagogicznego. W dobrej szkole połowę kadry stanowią mężczyźni, połowę kobiety, dzięki czemu uczniowie każdego dnia mają na zajęciach oba wzorce.
We współczesnym świecie, zwłaszcza w cywilizacji europejskiej, poznikały autorytety. Nie ma „świętości”, nie ma „nienaruszalnych” stanowisk, nie ma respektu dla nikogo. Miejsce autorytetów zajęli celebryci (politycy, sportowcy, piosenkarze, skandaliści, twarze telewizji, kina, Internetu), którzy nadają ton w mediach, w związku z czym dla młodych ludzi bardzo często stanowią „surogat” autorytetu. Nauczyciel musi więc mocno się „napracować”, aby zasłużyć na swój szkolny autorytet – to bardzo ważna umiejętność dobrych pedagogów.
Szkoła powinna skupiać ludzi wyznających podobny system wartości (nauczycieli, uczniów i ich rodziców). Im dłużej żyję w oświatowej rzeczywistości, tym większą wagę przywiązuję do tego jaki jest świat wartości ludzi, z którymi współpracuję przez kilkadziesiąt godzin tygodniowo. Szkoła nie może być dobra, jeżeli zespół nauczycieli nie jest w miarę jednomyślny w przestrzeni wyznawanych i praktykowanych wartości. Szkoła nie będzie dobra, jeżeli uczniowie (i ich rodzice) reprezentują drastycznie odmienny świat wartości, niż grono pedagogiczne. Szkoła nie będzie także dobra, jeżeli w zespołach klasowych spotykają się młodzi ludzie respektujący diametralnie inne wartości. W takich szkołach bardzo dużo energii pochłaniają procedury wychowawcze oraz łagodzenia konfliktów we wszystkich możliwych konfiguracjach między nauczycielami, uczniami, rodzicami.
Multi-culti nie sprawdziło się ani w USA, ani w Niemczech, nie sprawdza się też w Polsce. Znam liceum katolickie, które przyjmowało każdego, kto się chciał do niego zapisać, a potem okazywało się, że w niedzielnej Mszy Świętej uczestniczyło kilka procent uczniów szkoły. Wyniki dydaktyczne w tej szkole były mizerne. Efekty wychowawcze zresztą też. Absolwenci i rodzice w większości nie są z niej zadowoleni i źle o niej mówią. Znam także szkołę katolicką, która starannie selekcjonuje przyjmowanych uczniów pod kątem wartości wyznawanych przez rodziców i młodzież (nauczycieli zresztą też). Efekty dydaktyczne i wychowawcze w tej placówce są zdumiewające, a absolwenci dostają się do najlepszych uczelni w Polsce i w Europie.
Świat wartości bardzo mocno wpływa na nasze codzienne zachowania: kłamię albo jestem prawdomówny, spóź-niam się albo nie, ściągam na klasówce albo jestem samodzielny „do bólu”, jestem zawsze solidny albo ciągle o czymś zapominam, szanuję kolegów i nauczycieli albo z nich drwię i olewam, jestem na luzie albo lubię wojskową (sportową) dyscyplinę, liczy się moje ego albo jestem nastawiony na innych ludzi. W grupie ludzi wyznających podobne wartości mało czasu zajmują codzienne słowne „utarczki” lub pedagogiczne „przepychanki”, łatwiej się dogadać, bo większość „nadaje na tej samej fali mentalnej”.
Dobra organizacja pracy szkoły nie „uwiera” nikogo. Dobry dyrektor szkoły wraz z dobrą kadrą pedagogiczną potrafią stworzyć taką wewnętrzną strukturę szkoły oraz tak koordynować bieżącą pracę placówki, że z zewnątrz wygląda, jakby „wszystko się samo układało”. Oczywiście szkołę można „skomponować” na wiele sposobów, ba, moim zdaniem nie ma takiej struktury, która jest optymalna dla wszystkich miejsc w Polsce i na świecie. Inaczej należy zorganizować pracę małej szkółki na Ziemi Kłodzkiej, a inaczej giganta w Warszawie. Żydowska szkoła w Jerozolimie winna działać inaczej niż żydowska szkoła we Wrocławiu. Struktura szkoły kadetów winna wyglądać zupełnie inaczej niż struktura średniej szkoły artystycznej itd. itp.
Jest jednak kilka elementów szkolnej „układanki”, o których zawsze należy pamiętać. Po pierwsze struktura powinna ułatwiać uczniom rozwijanie się i zdobywanie wiedzy, czyli powinna być dostosowana do metod pracy nauczycieli, do psychiki dzieci i młodzieży oraz do kontekstu społeczno-kulturowo-religijnego środowiska, dla którego i w którym działa szkoła. Po drugie dobrze zorganizowana nauka szkolna dla nikogo nie jest „ciężarem”: ani dla uczniów, ani dla rodziców, ani dla nauczycieli. Po trzecie klienci dobrze zorganizowanej szkoły mają poczucie, iż są wyjątkowymi szczęściarzami, że się w niej znaleźli. Po czwarte struktura szkoły nie jest sztywna, w dowolnym momencie można ją zmienić, przekształcić, zredukować – bo to struktura jest dla nas, a nie odwrotnie. Po piąte organizacja szkoły powinna bardziej opierać się na utartej tradycji, dobrych obyczajach i wzajemnych ustnych ustaleniach niż na przepisach, zapisanym prawie, umowach, karach i nagrodach, gdyż ten pierwszy sposób gwarantuje większą trwałość relacji i swobodę działania, a ten drugi kieruje uwagę uczniów i nauczycieli w stronę wypełniania wymogów formalnych, a nie realizacji dobrej edukacji.
Wizja i misja szkoły to szalenie ważna, wręcz fundamentalna sprawa. Po co nam potrzebna jest szkoła – to podstawowe pytanie, jakie sobie winni zadać dyrektorzy placówek, nauczyciele w niej pracujący, uczniowie oraz ich rodzice. Jaki jest cel funkcjonowania konkretnej jednostki oświatowej? Jeżeli chodzi jedynie o miejsca pracy dla nauczycieli i pozostałych pracowników szkoły – to taka placówka nigdy nie będzie dobra. Jeżeli chodzi tylko o to, by nasze dzieci miały co ze sobą zrobić między godziną 8.00 a 14.00 – to taka szkoła też nigdy nie będzie dobra.
W powojennej Polsce mieliśmy dwie „fale” masowego powstawania nowych szkół i przedszkoli: w latach 1945-48, kiedy to odtwarzano struktury polskiego szkolnictwa oraz po 1989 roku, kiedy to powstało w Polsce wiele nowych przedszkoli i szkół (publicznych i niepublicznych) i za każdym razem, gdy taka placówka powstawała założycielami kierował jakiś ważny cel, jakaś wizja. Nowa szkoła była im potrzebna, ponieważ.... No właśnie, to „ponieważ” jest istotą dobrego działania szkoły. Ale czas płynie... Czy te same cele są aktualne i dzisiaj, po upływie siedemdziesięciu lub dwudziestu pięciu lat? A może jest tak, że otoczenie tak mocno się zmieniło, iż wizja i misja szkoły jest już nieaktualna? A może trzeba wytyczyć sobie nową wizję i misję szkoły? Organy prowadzące szkoły, dyrektorzy i zespoły pedagogów, którzy nie dostrzegają zmian zachodzących w otoczeniu placówki, nie są w stanie na czas zauważyć, że misja i wizja, które proponowali ileś tam lat temu, są już po prostu nieaktualne. Wtedy szkoła traci uczniów, bo już nie jest dobra.
Sposób rekrutacji do szkoły to kolejny ważny element, który w naszej oświatowej rzeczywistości rzadko jest brany pod uwagę przez organy prowadzące i dyrektorów szkół. W związku z notorycznym, wieloletnim niżem demograficznym, szkoły zazwyczaj przyjmują każdego, kto się zgłosi. Samorządy – jako organy prowadzące większość szkół – redukując koszty, starają się na swoim terenie utrzymać jak najmniej placówek oświatowych, likwidując małe szkółki wiejskie lub osiedlowe. Bardzo często, na terenie małej gminy jest tylko jedna rejonowa szkoła podstawowa oraz jedno gimnazjum, do których to placówek trafiają wszyscy młodzi ludzie z terenu całej gminy. Czyli, de facto, nie ma żadnej rekrutacji, jest „wypełnianie ustawowego obowiązku” (przez gminę, przez pracowników szkoły, przez uczniów i ich rodziców). Jakaś szkoła musi być – więc jest.
Pewne urozmaicenie na oświatowej mapie Polski stanowią szkoły niepubliczne (świeckie i wyznaniowe), do których rekrutacja odbywa się właściwie tak samo jak do szkół samorządowych – kto przyjdzie, ten zostanie przyjęty, byleby miał „kasę” na czesne. W takiej rekrutacyjnej praktyce można znaleźć nieliczne wyjątki, czyli szkoły do których zgłasza się więcej chętnych niż mogą one przyjąć (usytuowane z reguły w aglomeracjach) oraz elitarne szkoły stowarzyszenia Opus Dei (w których przejść rekrutację mogą tylko osoby spełniające określone wymagania religijne i moralne).
Żydowskie przysłowie powiada, że „metal się ostrzy o metal”. Towarzystwo w jakim nasze dzieci spędzają kilkadziesiąt godzin tygodniowo jest więc zasadniczą kwestią dla ich prawidłowego rozwoju. Koledzy i koleżanki z klasy mogą albo „wyostrzyć” ucznia, albo go „stępić” (intelektualnie, moralnie, fizycznie, psychicznie, obyczajowo, społecznie). I dlatego mądra rekrutacja powoduje, że szkoła szybko wybija się w swoim środowisku, bo kadra pedagogiczna nie jest osamotniona w rozwijaniu podopiecznych, ale równolegle pozytywnie działają nawzajem na siebie uczniowie, co podnosi ogólną jakość placówki.
Szkoła absolwentem stoi, bo „poznasz drzewo po owocach jego”. Bez dobrej kadry pedagogicznej nie można zbudować dobrej edukacji. Ale to absolwenci zaświadczają o tym, czy szkoła jest dobra, bo to po nich widać, czego się w danej placówce nauczyli. Szkoła jest dobra nie wtedy, kiedy zajmuje wysokie miejsca w różnorodnych rankingach, olimpiadach i konkursach, ale wtedy, gdy jej absolwenci mówią o niej, że to dobra szkoła. Szkoła jest dobra nie wtedy, gdy organ prowadzący, dyrektor i nauczyciele są przeświadczeni o tym, że są po prostu świetni i najlepsi w okolicy, ale wtedy, gdy jej absolwenci robią wszystko, by ich dzieci i wnuki trafiły do tej samej placówki, do której uczęszczali i oni.
Każdy kto podróżuje trochę po świecie wie, że najlepsze jedzenie nie jest w restauracjach najmocniej reklamowanych, ani też w takich, które są gorąco polecane w każdym przewodniku, ani nawet nie w tych, które pojawiły się w telewizji.
Najlepsze jedzenie jest w tych knajpach, które są oblegane. Jadąc samochodem widzimy wiele przydrożnych barów i restauracji, ale tylko przy niektórych stoją dziesiątki TIR-ów i samochodów. Dlaczego właśnie przy tych – bo tam jest najlepsze jedzenie. Chętnie wracamy do takich miejsc, w których dobrze zjedliśmy, unikamy natomiast tych, które nas rozczarowały. Tak samo jest ze szkołą: do dobrej szkoły „klienci” (absolwenci i ich dzieci) wracają jak do dobrej knajpy, bo w dobrej szkole jest niepowtarzalna, odlotowa „strawa”. Duchowa i naukowa – oczywiście.
Programy i projekty dydaktyczne. Współczesny świat tak jest skonstruowany, że wszystkie firmy, instytucje, przedsięwzięcia i w ogóle wszelka zawodowa, naukowa, sportowa, kulturalna i inna aktywność człowieka dorosłego, realizowane są w formie programów i projektów. I dlatego szalenie ważną sprawą jest, by młodzi ludzie od najmłodszych lat nie tylko stykali się z różnymi projektami, ale sami je tworzyli lub współtworzyli, bo najcenniejsze oczywiście są projekty zespołowe.
Gdy w 1989 roku pierwszy raz odwiedziłem Belgię i przyglądałem się tamtejszym szkołom, zachwyciło mnie to, że nauczyciele nie narzucają uczniom odgórnego programu nauczania, ale wspólnie z uczniami wymyślają i realizują kolejne projekty dydaktyczne. Nawet siedmioletnie dzieci miały już dużą wprawę w dyskusji i pracy w grupie, potrafiły wskazywać istniejące problemy, formułować ważne do osiągnięcia cele, proponować metody dochodzenia do nich oraz przekonywać do swoich argumentów.
W porównaniu z nimi polskie siedmiolatki niestety niewiele potrafią, bo zazwyczaj robią to, co im ktoś każe, niczego nie wymyślając, nie dyskutując, nie zastanawiając się po co coś trzeba zrobić. Trzeba, bo pani tak powiedziała i już. Większość polskich szkół niestety nie potrafi nauczyć powierzonych sobie podopiecznych realizacji sensownych projektów uczniowskich. I zapewne dlatego nie są to dobre szkoły... Dobra współczesna szkoła zawsze pracuje projektowo.
System oceniania i nagradzania to także ważny element działania każdej placówki oświatowej (od przedszkola po uczelnie wyższe). Wydaje się jednak, że w polskiej rzeczywistości jest to sfera najbardziej konserwatywna i skostniała. Rozbieżność między ocenami uzyskiwanymi przez polskich uczniów na różnych etapach kariery szkolnej, a osiągnięciami dorosłych absolwentów jest niezmiernie duża. Bardzo wielu prymusów szkolnych zupełnie sobie nie radzi w dorosłym (prawdziwym) życiu i równie wielu szkolnych słabeuszy świetnie funkcjonuje w życiu zawodowym. A przecież „nie szkoły a życia uczymy”. Do szkoły nie chodzimy po to, by uzyskiwać dobre oceny, ale po to, by nauczyć się dobrze sobie radzić w dorosłej przyszłości. Szkolny system oceniania powinien więc być oparty na praktycznych umiejętnościach potrzebnych w różnych dziedzinach życia zawodowego i społecznego.
Co z tego, że mam „szóstkę” z biologii, jeżeli w lesie nie odróżniam grzybów jadalnych od trujących, grabu od wiązu, tarniny od trzmieliny, jelenia od sarny, kruka od wrony. Co z tego, że z matematyki na maturze mam ledwie „dwójkę”, jeżeli w wieku 30 lat jestem właścicielem najbogatszej firmy w Kłodzku i zarabiam tysiąc razy więcej od mojej matematyczki. Co z tego, że z języka polskiego miałam na maturze „szóstkę”, jeżeli nigdy w życiu nie napisałam nawet listu, a moja „trójkowa” koleżanka jest znaną dziennikarką. Dobry szkolny i przedmiotowy system oceniania większy nacisk kładzie na praktyczne umiejętności i wystrzega się „oceniania dla oceniania”. Niestety, także bardzo wiele szkolnych konkursów i olimpiad niewiele ma wspólnego z „prawdziwym” życiem.
Reasumując. Dobrą szkołę można szybko stworzyć. Wystarczy zebrać grono nauczycieli-pasjonatów, uznających w miarę jednolity system wartości, zastanowić się nad wizją i misją szkoły, zadbać o elastyczną strukturę placówki, zaprosić do szkoły aktywnych i kreatywnych uczniów, wyznających podobne jak my wartości, prowadzić głównie multidyscyplinarne i interdyscyplinarne nauczanie projektowe, skonstruować system oceniania skierowany na praktyczne umiejętności i już jest OK.
A czy jest potrzeba tworzenia nowych szkół i przedszkoli albo restrukturyzacji placówek już istniejących? Oczywiście, że tak! Przecież tak wiele celów edukacyjnych w naszym otoczeniu nie jest realizowanych w żadnej szkole. Przecież tak wielu młodych ludzi narzeka na szkoły, do których uczęszczają, a uczelnie wyższe coraz bardziej lamentują nad niskim poziomem polskiej oświaty.
A do tego wszystkiego świat się zmienia w szalonym tempie, wizje i misje szkoły dobre dziesięć lat temu, teraz są już mocno nieaktualne, więc zapotrzebowanie na nowe placówki z dnia na dzień rośnie.

Wydania: