Strońskie zakupy

Autor: 
Wojciech Grębski

Motto: - Alkohol nie rozwiąże twoich problemów. Mleko też nie.

Mając solidne zapewnienie o rychłym przyjeździe szwagra udałem się do pobliskiego sklepiku aby poczynić stosowne na taką okoliczność zakupy.
- Pół litra siwuchy – panie Józefie, puszkę byczków w pomidorach i ze ćwierć kilo kaszanki. Aha – i jeszcze jedną niegazowaną „Staropolankę”.
- A co to dzisiaj pan Wojciech taki rozrzutny? , jakieś święto się szykuje? - domyślał się głośno pan Józef.
- No, jakby święto – odpowiedziałem po krótkim namyśle – bo szwagier przyjeżdża.
- Szwagier? – to na pewno ma interes!
- A pewnie, że ma. Bo jak by nie miał, to by go żona już dawno odeszła.
Pan Józef przez chwilę się zastanowił, nagle niecierpliwie machnął ręką i powiedział: ale ja nie o tym, panie Wojtku... A szwagier skąd?
- Z Łomży.
- Daleko to? – dociekał ujawniając powierzchowną znajomość geografii.
- Będzie jakieś 700 kilometrów.
- O kurwa! – wyraził zdziwienie pan Józef. To na pewno będzie mocno głodny i spragniony.
- Chyba tak – potwierdziłem.
- To proponuję dobrać jeszcze pół litra, bo wiem po sobie, że jak jestem zmęczony, zwłaszcza po długiej podróży, to pić się chce jak jasna cholera. A jak szwagrowi na imię – jeśli wolno wiedzieć.
- Witold.
- To jak ten książę spod Grunwaldu. ja go nawet lubiłem, tego Litwina, za to, że z Jagiełłą Krzyżakom solidny wycisk dali. Ale szwagier to nie Litwin?
- Skądże, to Podlasiak z dziada pradziada.
- Sam przyjedzie? – jeżeli nie tajemnica.
- Sam to nie, tylko ze ślubną małżonką Jolką.
- A to i dobrze, że ze ślubną, bo znam takie, co to niby są żonami, ale wcale nie ślubnymi – ucieszył się nie wiedzieć czemu i natychmiast zaproponował dokupienie kolejnej, nieco mniejszej butelki.
- Wyśmienita i nie za mocna – zachwalał – ostatnia dostawa, sam sprawdzałem.
- Ale Jolka nie pije – bezskutecznie usiłowałem odrzucić kuszącą ofertę.
- Ja dobrze znam takie co nie piją i dlatego proponuję jedną. Zgoda? A tak w ogóle Jola to ładne imię, rozrzewnił się pan Józef. Znałem kiedyś jedną Jolkę, ale mnie rzuciła. To było dawno temu, chyba w V klasie. Kupowałem jej miętową gumę do żucia... ładna była cholera. Ale dość o niej, tak mi się przez to imię skojarzyło. Pozwolę sobie jeszcze zapytać - a na długo szwagrostwo zechcą się zatrzymać? Chyba na dłużej – odpowiedział sam sobie – bo u nas w Sudetach powietrze zdrowe a i widokami oczy nacieszą. Jak nic z tydzień posiedzą. Masz pan to jak w banku.
Wychodzi na to, panie Wojtku, że pewno sąsiady zechcą zaglądnąć, żeby zapoznać szanownego szwagra, a i szwagierce się przyjrzeć. Zwyczajna ludzka ciekawość, no i bryka przed chatą na nietutejszych numerach. A takiego to sąsiada, to pan Wojciech słonymi paluszkami i mineralną nie potraktuje, bo obciach na całe Stronie gotowy. I dlatego proponuję żołądkową gorzką, co na każdą okazję dobra. No i koniecznie kup pan tych ogóreczków małosolnych. Czwarty dzień się kiszą i dzisiaj są akurat. Cymes! Twarde, chrupiące, bo i czosnku nie pożałowałem. Tanio policzę, tylko po 6 złotych w promocji jak dla pana. Ale proszę nie myśleć, że do wszystkiego namawiam jak leci. Na przykład panu – jako stałemu klientowi – osobiście nie polecam tej galarety na kurzych łapkach. Rano jedna znajoma rencistka chciała wziąć dla psa, ale jej nie dałem, bo szkoda mi było zwierzęcia.... Paniusiu! – chwileczkę, cierpliwości! Nie widzi, że z klientem jeszcze minutka mi zejdzie? Łan moment.
Ostatnio to ludzie się jakieś takie nerwowe zrobili, a i niegrzeczne, i to bardzo. Przychodzi raz jedna, chyba turystka, a może z Lądka, bo nie znam. I przy ludziach na cały sklep krzyczy: ma pan jaja??? To mnie zamurowało. Więc grzecznie mówię, że mam, ale jej nie sprzedam.
- A to szkoda - powiedziała i sobie poszła. To ja się pytam: jej szkoda? To mnie szkoda. Niech najpierw pomyśli stara lampucera zanim głupio zapyta..
- No to jak miała się dowiedzieć o te jajka?
- Jak? Tak zwyczajnie: czy jest cukier?, czy jest - dajmy na to - mało? czy są jaja? – ale nie czy ja je mam! No bo tak dla przykładu – powiedz pan sam –gdybym ja ją zapytał, czy ma mleko – to mógłbym bez nikakich i słusznie w mordę dostać – jej cycki, jej mleko. Co mi do tego, no nie.
W handlu z panem Józefem zatrzymaliśmy się na poziomie dwóch i pół litra gorzałki plus małosolne ogóreczki, że o byczkach czy kaszance nie wspomnę.
- No bo co za dużo, to niezdrowo, czego namacalnym dowodem jest niejaki emeryt pan Wicuchna. Wygląda jak chodząca mocno nasączona gąbka koloru wiśniowego. Ten jak się w dzień piwa ożłopie, to w nocy, gdy się przebudzi, zawsze chodzi szczać za szafę.
- Dlaczego akurat za szafę – spytałem.
- Co najmniej z dwóch powodów – cierpliwie objaśniał pan Józef. Primo – do szafy ma całe cztery metry bliżej niż do kibelka, a po drugie – to nie on sprząta mieszkanie. A zresztą to chory człowiek. Kiedyś doktor z osiedlowego klubu A-A gdzie Wicuchnę rodzina siłą zawlekła miał powiedzieć, że on – znaczy Wicuchna – ma napady delyrium kredens, czy jakoś tak. I że się dziwi, że on jeszcze chodzi. Chodzi bo musi. A kto mu piwa przyniesie? A słaby jest. Ledwo ma siłę puszkę otworzyć, a robi to z dziesięć razy dzienne. Zawsze kupuje „Złoty Denar” po złoty siedemdziesiąt. To miesięcznie wychodzi ponad pięćset złotych. I tak sobie żyje, panie Wojtku.
- To wszystko będzie? Podliczył, wydał resztę, zapakował starannie, żeby się Broń Boże nie potłukło.
- Dziękuję i moje uszanowanie panie Wojtku. Życzę dobrej zabawy. A jakby co, to otwarte mam od 6 rano a i w niedzielę od 8 do 14.
Wracając z zakupami zamyśliłem się głęboko. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że aby znać się na ludziach nie trzeba kończyć psychologii. Wystarczy być starym sklepikarzem. Jak pan Józef.
Takie to były zwyczajne zakupy w małym osiedlowym sklepiku u pana Józefa, bez wątpienia mistrza w swoim fachu. I wszystko by się zgadzało za wyjątkiem przyjazdu szwagra, który jeszcze nie doszedł do skutku. Ale podobno, co sie odwlecze ... tylko gwarancję na rybną konserwę „Byczki w pomidorach” szlag tragił.

Wydania: