Długi felieton o naszym poczuciu estetyki

Autor: 
Joanna Stoklasek-Michalak

Na początku zapowiem przezornie: Tak, Czytelniku, będzie krytycznie. Ale za to uczciwie.
Znana maksyma De gustibus non disputandum est z jej uproszczonym przekładem O gustach się nie dyskutuje, dla osób pozbawionych estetycznego wyczucia stała się tarczą, z kolei dla tych wrażliwych na piękno i skorych do wyrażania stosownych uwag wobec jego niedostatku – taśmą zalepiającą usta. Może i nasze gusta nie są warte słownych potyczek (disputandum – dysputować, sprzeczać się), niemniej jednak upieram się, że o stylistycznym wyczuciu – a zwłaszcza o jego braku – dyskutować należy.

W myśl tej idei zamierzam wsadzić przysłowiowy kij w mrowisko. A co!
Jako historyka sztuki i projektanta wnętrz szczególnie interesuje mnie kwestia bardziej lub mniej udanych realizacji architektonicznych. Od jakiegoś czasu przedmiotem moich badań jest detal architektoniczny w historycznej zabudowie Kłodzka, podległej w latach powojennych masowym rozbiórkom i przebudowom. I być może artykulik niniejszy w ogóle by nie powstał, gdyby nie wciąż we mnie żywe oburzenie wywołane zdjęciem Tadeusza Jażdżewskiego, które dokumentuje przeprowadzony 40 lat temu remont domu przy ówczesnej ulicy Armii Czerwonej 13. Powyżej parteru kamienica została zbudowana na nowo, a dwa portale w przyziemiu – w tym narożny bardzo efektowny – zachowano jedynie szczątkowo. Charakterystyczna, zakrzywiona ściana budynku (dla jednych urokliwa i oddająca pejzaż dawnego Kłodzka, dla innych brzydka, bo krzywa) zawdzięcza swoją obecność ciasnym uliczkom, w które nie mógł wjechać dźwig „remontujący” kamienice w nowej technologii. Gdyby nie ciasna zabudowa, starówka Kłodzka zyskałaby kolejny, nowoczesny budynek otynkowany szaroburym „barankiem”. Nowe elewacje pozbawione zostały kamiennych opasek okiennych, co okazało się stratą powetowaną – że pozwolę sobie na uszczypliwość. Nie pasowały przecież do nowych, większych okien, układających się w rzadkie rytmy podziału elewacji. Zbyt rzadkie, jak sądzę, a w dodatku zaburzone obecnością poziomych, niskich okien klatki schodowej. Trudno jednak podważać próbę dopasowania budynku posadzonego na historycznych fundamentach do wizji komfortu i potrzeb mieszkańca z lat 70. – te wymagały doświetlenia klatki schodowej, wiadomo. A że najniższe okno wyszło akurat w miejscu zwieńczenia późnobarokowego portalu z piaskowca? Cóż, bywa. Zwieńczenie uległo oknom, poległo na placu… budowy. Ale któż by nad tym płakał? Ostały się jedynie dwa pilastry, co to nie wiadomo, czemu służyły, tak bez sensu teraz wyglądają. Ot, pomnik ówczesnej myśli estetycznej, szacunku do zabytkowej tkanki i historii. I nie chodzi bynajmniej o to, że w tej trudnej dla wszelkich inicjatyw budowlanych dobie trudno było dbać o stare, skoro stworzenie nowego było tak bardzo kosztochłonne i konieczne.
Nie, nie chodzi o to.
Chodzi o pewien respekt wobec zastanej materii, o wzięcie pod uwagę mniej radykalnych rozwiązań, o wyważony i rozsądny kompromis. Poczucie estetyki, wiedza i/lub pewien oparty na szacunku dystans do rzeczy już istniejących są świetnym fundamentem dla podejmowania dobrych decyzji w omawianej dziedzinie. Ba! Są fundamentem koniecznym.
Śmiem twierdzić, że nie mamy tej umiejętności. Wybierz sobie, szanowny Czytelniku, czego nie mamy: poczucia estetyki, wiedzy, czy szacunku?
Czy można było zrezygnować z tego okna i wciąż cieszyć się kompletnym, kilkusetletnim portalem wejściowym? Może jego obecność nie uratowałaby budynku przed swoistym oszpeceniem, ale pozostawienie obu portali oszczędziłoby kamienicy pooperacyjnych blizn. Nie udało się. Elewacje wyglądają na okaleczone. Może nie celowo, ale na pewno bezmyślnie.
Kilka lat temu jakaś polska specjalistka od ciuchomody zdiagnozowała przyczynę upośledzonego – że tak to sparafrazuję – poczucia elegancji Polaków w porównaniu z Francuzami i Włochami. Jej diagnoza jak ulał pasuje także do naszego braku poczucia estetyki otoczenia. Specjalistka stwierdziła, że dobry gust tych drugich jest naturalną konsekwencją obfitości dobrej sztuki, która zewsząd ich otacza. Trudno uprawiać kicz, skoro od zawsze i z każdej strony epatują wyłącznie przykłady dobrego dizajnu. Podpisuję się pod tym obiema rękami. Pejzaż znajomy staje się wyuczonym, a wyuczony – obowiązującym standardem.
Rzymski architekt Witruwiusz uważał, że architektura polega na zachowaniu trzech zasad: trwałości, użyteczności i piękna. Nie musiał on definiować piękna, bo po pierwsze było ono zrozumiałe dla jemu współczesnych, a po drugie nie podlegało zmiennym upodobaniom odbiorców. Wbrew pozorom piękno nie jest względne. Jest wartością stałą, jak czysty dźwięk w muzyce. Możemy upodobać sobie Bacha, albo ileś tam nastolatek w czyimś aucie, ale istotą każdego z utworów muzycznych jest kompozycja (harmonijna i porywająca lub też trywialna i płaska) dźwięków (czystych lub nie). I trzeba głośno powiedzieć, że słabość do fałszu świadczy wyłącznie o osobistym upodobaniu,
w żadnym wypadku zaś nie czyni z fałszu nowej definicji piękna. Wiem, trudno się z tym pogodzić.
O pięknie architektury decydują proporcje. To one tworzą doskonałe kompozycje poszczególnych elementów – brył, kształtów, kolorów – których potężną, intuicyjnie odczytywaną siłą jest harmonia. Konstrukcja oparta na proporcjach i harmonii jest piękna sama w sobie i nie wymaga maskowania (odsyłam do antycznych świątyń na Akropolu, gotyckich kościołów we Francji, renesansowych pałaców Florencji, czy chociażby stalowych mostów z 2. poł. XIX w.). I jeszcze jeden niezbędny składnik dobrej, pięknej architektury: prawdziwość użytego surowca. Kamień to kamień, cegła to cegła, beton to beton i tak dalej. Nic niczego nie udaje. No, może za wyjątkiem marmoryzacji w dobie baroku, gdzie wapienne stiuki na kolumnach imitowały drogi kamień, ale to barok – przez kolejnych teoretyków sztuki uważany wszak za epokę bezguścia i estetycznego wynaturzenia.
No dobrze, a jak my, Polacy – teraz będę generalizować – znajdujemy się wobec tego kanonu piękna wynikającego z proporcji? Kanonu wykształconego jeszcze w starożytności i przez różne epoki w swoim rdzeniu tak naprawdę niezmiennego, a wypływającego z głębi naszego ludzkiego poczucia piękna?
My – nijak, śmiem twierdzić.
Za mało wokół nas dobrej architektury, z której moglibyśmy czerpać. Za dużo estetycznych koszmarków z epoki słusznie minionej. Wygląda na to, że partactwo tamtego okresu odcisnęło poważne piętno na naszym poczuciu estetyki, skoro teraz tak bardzo boimy się nierównych ścian, szpar w drewnianych podłogach, popękanych drewnianych słupów nośnych czy widocznych elementów konstrukcyjnych – słowem wszystkiego, co wydaje nam się nazbyt trywialne, techniczne i nierówne – zatem niedoskonałe, brzydkie. Może dlatego w wystroju wnętrz tak bardzo ukochaliśmy karton-gips z jego obietnicą wyrównania, ukrycia i zamaskowania wszystkiego, co stare? Z jego gwarancją stworzenia idealnego pudełeczka na miarę naszych upodobań, ograniczonych tak samo, jak ograniczona jest geometria tego nowego wnętrza… Za mało jest lekcji kontemplowania sztuki, kształtujących dobry gust poprzez umiejętność zauważenia harmonii (na podstawie doświadczenia studenckiego zapewniam, że kilkuletnie oglądanie zdjęć zabytków sztuki stworzonych na przestrzeni 25. wieków w całej Europie skutkuje nabytą umiejętnością wyczucia i wskazania dobrej architektury). Za mało jest lekcji sztuki i historii, uwrażliwiających na piękno i budujących szacunek do zastanego dziedzictwa poprzedników. A może za mało podróży po Europie, podczas których można by się opatrzyć, oswoić, nauczyć, wreszcie obudzić i zaspokoić swoją wewnętrzną potrzebę przebywania w pięknym otoczeniu?
Tutaj taka dygresja: pamiętasz, szanowny Czytelniku, co czujesz, kiedy przemierzasz wąskie uliczki włoskich i chorwackich miasteczek? Czy nierówne chodniki wyłożone otoczakami przeszkadzają Ci usiąść wygodnie na drucianym krześle w prowansalskiej kawiarni? Czy nie rozczulają Cię krzywo osadzone, kamienne opaski okienne w portugalskich mieścinach, lub też łuszcząca się farba na okiennicach, stanowiąca nostalgiczne świadectwo przemijania? Albo niedbale położone tynki na greckich chatynkach, sprawiające wrażenie, jakby i chatynki, i tynkarze byli wiecznie pod wpływem wysokoprocentowego nektaru z Olimpu – czy nie wywołują serdecznego uśmiechu na Twojej twarzy? Czy stalowe ramię dźwigu, wystające ze szczytowej kondygnacji niemal każdej amsterdamskiej kamienicy, Twoim zdaniem ujmuje czy dodaje klimatu tej zabudowie? Wreszcie – czy w kolorowych drzwiach kamienic w Dublinie widzisz przejaw bezguścia ich mieszkańców?
A jednak tutaj, u siebie, najczęściej wolałbyś Czytelniku wszystko widzieć równiutkim, gładziutkim i utylitarnym, w złym tego słowa znaczeniu. Chodniki z betonowych puzzli, oryginalne, drewniane okna skrzynkowe z rzeźbionymi elementami zastąpione plastikowym bez-duszcem, blaszane bramy wejściowe godne tylko magazynów w miejsce zabytkowych, dębowych drzwi, czy też piaskowcowe detale często zatynkowane lub zamalowane olejnicą. A we własnych czterech ścianach niech rządzi jaśnie gładki regips – król maskowania. Albo maskarady, jeśli służy ukryciu prawdziwej, zabytkowej tkanki architektonicznej. Jakże to może być piękne, skoro jest udawane i sztuczne? Że Tobie się podoba?
Cóż, o upodobaniach nie warto dysputować. O pięknie – tak.
Jeśli poczułeś się dotknięty, szanowny Czytelniku – proszę o wybaczenie, ale jeszcze bardziej proszę o to, abyś sam już nie grzeszył więcej wobec architektury, zwłaszcza tej zabytkowej i objętej ochroną. Jeżeli zaś odnalazłeś w tym apelu kilka swoich poglądów i masz znajomych myślących podobnie – jest szansa na to, że może kiedyś uda się nam poprawić estetykę tego pięknego miasta, o którym mówi się, że ma potencjał (co nie zawsze stanowi komplement).
Czy nie byłoby wspaniale widzieć ulice i podwórka Kłodzka w ich urokliwej odsłonie, opartej na zabytkowej architekturze, dbałości o detal i estetyczny akcent? Jak w chorwackim Medulinie, czarnogórskim Kotorze, włoskiej Faenzie czy niemieckim Rothenburg ob der Tauber… Taka wizja naprawdę wcale nie musi być mrzonką.
Właśnie dlatego bardzo kibicuję panom z Akademii Przygody w ich upartym dążeniu do rewitalizacji ulicy Łukasińskiego, stanowiącej część Fortecznego Parku Kulturowego. Oni od dawna widzą wartość i urodę tej ulicy, od dawna próbują pokazać ją nam – jeszcze ślepym lub słabo widzącym mieszkańcom Kłodzka. Brawo, Panowie! Wierzę, że Wam się uda.

Wydania: