W służbie monopoli

Autor: 
Jan Pokrywka

Osoby cokolwiek starsze niż młode, odbywające kurs na prawo jazdy w czasach swojej młodości pamiętają, że popisowym numerem każdego instruktora była opowieść o pończochach. W tym przypadku chodziło o zerwanie paska klinowego napędzającego alternator, który można było zastąpić pończochą właśnie, ale też, o ile kierowca był zapobiegliwy i woził zapasowy pasek, który – tak nawiasem – kosztował grosze, założyć najpierw odkręcając a potem zakręcając 2-3 śruby.
W ten sposób instruktorzy udowadniali twierdzenie, że w razie jakiejkolwiek awarii samochodu na drodze zawsze można zrobić coś, co pozwoli dojechać do domu lub warsztatu. Było w tym trochę przesady, ale sporo prawdy, ponieważ wówczas samochody skonstruowane były w ten sposób, że prawie wszystkie elementy działały niezależnie od siebie i awaria jednego nie musiała koniecznie unieruchomić całego auta. Dziś jest inaczej; wystarczy awaria niewielkiego elektronicznego czujnika na wale korbowym, przesyłającego sygnały niezbędne do pracy małego komputerka sterującego pracą silnika, aby wszystko siadło. Co tam, wystarczy awaria elektroniki przy kluczyku, aby auta nie odpalić, chyba, że ktoś zna sposób to umożliwiający i ma na tyle samozaparcia aby jechać z włączonymi światłami awaryjnymi i wyjącym alarmem. W każdym z takich przypadków nic samemu nie da się zrobić i trzeba skorzystać z lawety.
To początek dyktatu korporacji motoryzacyjnych, bo sprzedaż auta, często na kredyt i serwis w autoryzowanym punkcie konieczny, a wynikający z warunków gwarancyjnych, nie daje zbyt dużego wyboru. A więc mamy z jednej strony wymierające tradycyjne warsztaty samochodowe, a z drugiej – pełzającą monopolizację usług serwisowych. Za parę lat, w miarę postępu monopolu, klient stanie się niewolnikiem korporacji i powiązanych z nimi zakładami, czyli jakąś formą syndykatu. Niech nikt się nie łudzi, że tak nie będzie. Z czasem, w sposób całkiem naturalny, stare auta będą znikać, a proces ten przyspieszą regulacje ustawowe, zapadające np. na szczeblu unijnym.
Z drugiej strony zmieni się struktura zatrudnienia. Więcej będzie pracowników zatrudnionych w korporacjach, mniej w wolnych warsztatach. Proces ten zresztą zachodzi w innych branżach, nie tylko przemysłowych ale i spożywczych, czego symbolem jest upadek małych piekarni, produkujących tradycyjne pieczywo na rzecz produkcji taśmowej.
Nie jest to zjawisko nowe. Już w średniowieczu różne gangi producenckie i handlowe walczyły nie tylko o strefy wpływu ale o wpływ na rządy, tyle, że wtedy były monarchie i wpływ ten był nikły z czego powstały późniejsze rewolucje, socjalizmy i demokracje, bo w tym systemie łatwiej się rządzi. Za każdą rewoltą stoją jakieś interesy i budżety.
A procesem wyborczym można sterować, jak choćby tu i teraz, gdy sprawy ważne przykrywane są różnymi, ad, hoc wymyślanymi aferami, czy to podsłuchowymi, czy zamachowymi, czy skokowymi. Wszystko, aby odciągnąć uwagę od spraw naprawdę ważnych.

Skrzywienie podatkowe
Jak można było przewidzieć, wpływy do budżetu państwa z pod-wyższonej akcyzy na wyroby spirytusowe okazały się być na tym samym poziomie co przed podwyżką. Takie są w każdym razie dane statystyczne, co może dziwić, bo spożycie alkoholu, co widać na naszych ulicach, bynajmniej nie spadło, a może nawet wzrosło.
Jest to oczywiste, bo już tzw. krzywa Laffera pokazuje, że przy stałym wzroście opodatkowania przychodzi taki moment, kiedy wpływy przestają rosnąć a wręcz spadają. Teorię tę potwierdza praktyka. Dlaczego tak się dzieje? Bo opłaca się ryzyko wejścia w szarą strefę, czy też robienia różnych podróbek. W przypadku alkoholu można to robić na wiele sposobów, np. przetwarzając spirytus pierwotnie przeznaczony do celów przemysłowych. Taki produkt skażony np. benzoesanem denatorium (bitex), jest gorzki ale nie trujący. Trujący jest metyl, który także czasami trafia na rynek. To tak jak z grzybami: są jadalne, niejadalne (gorzkie) i trujące. W przypadku alkoholu goryczkę można usunąć za pomocą podchlorynu, środka znajdującego się m.in. w płynach do czyszczenia toalet. Całość, choć jest skażona wolnymi rodnikami chloru, może być smakowo ukryta po dodaniu syropu. To, rzecz jasna, jest szkodliwe, tyle, że nie śmiertelne, przynajmniej nie od razu i nie dla wszystkich. Nie jest to wiedza tajemna i bez trudu można ją uzyskać w internecie.
Nie twierdzę, że alkohole kolorowe, a zwłaszcza słodkie, są efektem powyżej ukazanej technologii, a jedynie, że taka możliwość istnieje, a jak wiemy, nie takie cuda działy się na świecie.
Jednak każda patologia, szara strefa jest efektem złej polityki państwa, które, podobnie jak nasze, stara się wydoić obywateli na ile się da. Ostatnio mamy przyspieszenie. Jeszcze nie ucichły echa wprowadzenia nowych, superczułych radarów, w ilości większej niż dotychczas, a już w planach są badania szkodliwego wpływu reklam sklepowych na bezpieczeństwo kierowców. Brzmi to górnolotnie, ale chodzi o to, że sklepy itp., mające oświetlone witryny, mogą oślepiać kierowców, w związku z czym będą musiały przeprowadzić odpowiednie badania na koszt własny.
Ileż to kasy do wzięcia! W końcu ktoś to wszystko zorganizuje, zakupi sprzęt, przebada, itd. To nie głupota rządzących, choć wśród nich nie brak durniów, ale przecież nie trzeba być mądrym aby rabować słabszych. Polskojęzyczna wspólnota rozbójnicza rozrasta się i z czegoś musi żyć.

Po Węgrach Czechy?
Czy Czechy będą po Węgrzech, drugim krajem z UE, które mogą mieć kłopoty? Ron Paul uważa, że tak. W każdym razie Czechy stały się celem krytyki z kilku powodów.
Na wrześniowym szczycie NATO prezydent Miłosz Zeman miał odwagę dyskutować z oskarżeniem Rosji o inwazję na Ukrainę, a ponadto miał czelność oczerniać oligarchę Chodorkowskiego i żałować, że więcej oligarchów w Rosji nie zostało uwięzionych. Potem w Chinach Zeman potwierdził, że jego kraj jest gotowy na rozszerzenie kontaktów handlowych z Pekinem i nie postawi „praw człowieka” jako wstępnego warunku dla kontaktów handlowych.
Wydawało się, że najgorszą jednak była zapowiedź czeskiego ministra SZ, że Czechy przestaną finansować operacje zmierzające do obalenia rządów na Kubie, Białorusi i w Chinach w ramach programu „TRANS”.
A to nie wszystko. Pouczany przez ambasadora USA w Pradze – A. Schapiro, że nie powinien jechać na obchody zakończenia II wojny światowej do Moskwy 9 maja, prezydent Zeman odpowiedział: nie pozwolę ambasadorom, aby mieszali się w moje podróże zagraniczne. Dodał także, że dla Schapiro drzwi Zamku Praskiego (siedziba prezydenta) są zamknięte.
Były doradca prezydenta Vaclava Klausa, a obecnie redaktor naczelny portalu „Protiproud” Petr Hájek temat rozszerzył: „/.../stosunków między Republiką Czeską a Stanami Zjednoczonymi nie można nazwać za ciepłe. Nic nowego, po prostu trend się pogorszył. Ale Czechy mają swoje własne interesy /.../”
No właśnie, Czesi mają swoje interesy i o nie dbają. Co charakterystyczne, równie niezależną politykę prowadził poprzedni prezydent – Wacław Klaus. Klaus był przedstawicielem prawicy, Zeman to socjaldemokrata, ale politykę niezależności prowadzą tak samo. Często w opozycji do rządu. Powie ktoś, że to taka ustawka, gra w dobrego i złego policjanta. Być może, ale jest to jakaś gra i są gracze, którzy ją podejmują.
Tak było i u nas na początku XX wieku gdy odradzała się polska państwowość. Wtedy także grano na dwóch fortepianach, z czego na jednym, dosłownie, grał Ignacy Paderewski, pianista z najwyższej półki, a wraz z nim metaforycznie już – endecja, na drugim zaś – Piłsudski i jego ekipa. Grano skutecznie wygrywając niepodległość. Ale to byli ludzie innego formatu i tym różniący się od obecnych naszych plastikowych polityków.
To ważna uwaga przed zbliżającymi się w Polsce wyborami prezydenckimi. Spójrzmy, który z kandydatów mówi o niezależnej polityce i który mógłby słowa wprowadzić w czyn? Na pewno nie żaden z dwóch pierwszych wymienianych w przeróżnych rankingach. Żaden z nich i części pozostałych. Celowo nie wymieniam nazwisk, bo wystarczy posłuchać o czym mówią i jaki mają stosunek do wydarzeń na świecie.

Nie bójmy się słońca
Magowie od pogody zapowiadają, że będzie lepiej, czyli słonecznie i cieplej, tak jak kandydujący na prezydencki stolec politycy obiecują, że gdy tylko to oni dostąpią zaszczytu to będzie, że ho, ho!
Z pogodą jednak jest ten problem, że jak pada to depresja, a jak słonecznie to opalanie grozi rakiem skóry, tj. czerniakiem. Słońce jest złe, a jego brak jeszcze gorszy, powoduje zaburzenia hormonalne ale i niedobór witaminy D – taki w każdym razie, jest przekaz medialny.
Kiedyś „katowano” tranem, podawanym w przedszkolach i szkołach. Było to coś okropnego, bo prawdziwy tran ma okropny smak i takiż zapach, ale tran to witamina D oraz wiele innych. Podawano dlatego, że w naszej szerokości geograficznej, przy takiej ilości dni słonecznej, witaminę D trzeba uzupełniać.
W rejonach podbiegunowych, w okolicy kręgu polarnego, słońca jest jeszcze mniej, ale tam ludzie jedzą więcej ryb, a tran jest przecież tłuszczem rybim.
Jednak na początku lat 70. XX w. zaprzestano podawania tranu. Podobno z przyczyn politycznych i ekologicznych, ale i „planowej polityki morskiej” ograniczającej pozyskiwanie naturalnego tranu zastępując go produktem tranopodobnym. Nie muszę dodawać, że stało się to z wielką korzyścią koncernów produkujących to coś.
Z drugiej strony, producenci różnych kosmetyków, zwłaszcza tych z filtrem, dziwnym zbiegiem okoliczności, wyszli naprzeciw panice anty-rakowej a zwłaszcza anty-czerniakowej. Czy istnieje związek promieniowania słonecznego z czerniakiem? - nie wiadomo do końca. Niewątpliwie nadmierne i zbyt gwałtowne opalanie może prowadzić do raka płaskonabłonkowego, ale też nadmierne smarowanie się kremami z filtrem także ma swoje ciemne strony, a ponadto uniemożliwia produkcję przez organizm witaminy D.
Pewne jest za to, że niedobory tej witaminy, zwłaszcza w dzieciństwie, skutkuje ryzykiem wystąpienie wielu chorób w przyszłości jak chorób serca, cukrzycy typu I, astmy, alergii, a w starszym wieku – udarów mózgu, nie mówiąc już o chorobach autoimmunologicznych sprzyjających przeziębieniom, grypie i stanom zapalnym.
Jakie jest wyjście? Po pierwsze, nie panikować z zagrożeniem promieniowania słonecznego. Jest ono niezbędne do życia, a w naszej szerokości geograficznej i tak jest go za mało, co nie zmienia faktu, że trzeba przy tym korzystać z rozumu. Po drugie dieta, bogata w tłuste ryby morskie, ale ostrożnie: morza są skażone i ryby zawierać mogą metale ciężkie. Po trzecie wreszcie, nie obejdzie się bez suplementacji produktami naturalnymi zawierającymi odpowiednie kwasy tłuszczowe.
Istotą sprawy jest zdrowie, czyli bycie zdrowym, a nie leczenie. „International Herald Tribune” z marca 2003 roku zacytowała wypowiedź dyrektora koncernu farmaceutycznego wprowadzającego nowy lek na rynek: „Pierwsza tragedia — to jeżeli lek spowoduje śmierć. Druga tragedia — to jeżeli uzdrowi ludzi. Prawdziwie dobre leki to są te, które muszą być wciąż używane i to przez długi, długi czas”.

Wydania: