Wieczne wakacje Hłaski

Autor: 
Henia Szczepanowska

We wrażych czasach socjalizmu wakacje były bardzo ważne, To nie to co teraz. Nie jakieś tam Majorki, Egipty czy Chorwacje dla posiadaczy kont i kart kredytowych, tylko prawdziwe polskie Ustka, Łeba, Sopot albo rodzinna wieś z piaszczystą drogą, żniwami, sianokosami i wieczorną flaszką bimbru pod lipą na podwórku. Jeśli człowiek miał zatrudnienie, to miał też zakładowe wakacje. Państwo płaciło za wypoczynek swojego ludu, tyle tylko, że niektórzy jechali do Zakopanego a inni w krzakach i w towarzystwie komarów na Mazurach korzystali z noclegu w barakach i kotleta mielonego z dość zapyziałej stołówki. Wakacje były dość powszechne, szczególnie dla dzieci szkolnych przeróżne kolonie i obozy bywały sporym utrapieniem. Niby to jechało się pociągiem lub autobusem w daleki świat ale niekoniecznie był wybór, gdzie ta droga prowadzi. Zakład pracy wywoził dzieci do swoich ośrodków kolonijnych, zazwyczaj tych samych co roku i nawet jeśli to były piąte wakacje z rzędu w tym samym ośrodku kolonijnym w Ustce, to i tak pobyt tam był bezdyskusyjny. Zdecydowanie lepsze były wakacje na obozie harcerskim. Zazwyczaj co roku gdzie indziej, choć wciąż pod tymi samymi pałatkami rozpiętymi na kijach wyciętych z niedalekiej kępy leszczyny i pryczach budowanych z gałazek brzozowych i zerwanej własnorecznie podsuszonej na słońcu trawy. Kopanie latryny dostawało się największym ofermom na obozie a kuchnie obstawiali cwaniaki i stare wygi. Żarcie ważna rzecz, dobrze było być blisko ziemianki zadaszonej zielonymi gałęziami i wysypanej piaskiem pomiędzy żerdkami ułożonymi jako podłoga. Podpadziochy za karę szorowali tłuste kotły po zupie za pomocą wiechcia trawy i piasku. Powszechną karą dyscyplinujacą rozczochrane towarzystwo był dodatkowy dyżur w kuchni do obierania kartofli. Na śniadanie zupa mleczna i chleb z masłem i dżemem. Czasami były bułki. Na obiad zupa z wkładką i duuuużo chleba. Na kolacje chleb i pachnące tuszonki z konserwy. Można było zabrać ukradkiem kromkę chleba posmarowaną dżemem do namiotu. Głodnych raczej na obozie nie było. Piło się kawę zbożową z mlekiem albo czarną z cukrem. Czasami była herbata Ulung lub Madras. Na deser obowiązkowy kisiel. Było fajnie. Dorośli jechali do ośrodków zakładowych na wczasy rodzinne. Wieczorki zapoznawcze, balangi cichcem organizowane przy zasłoniętych kocem oknach, bo przecież obowiązywała cisza nocna, były podstawową formą rozrywki. Artyści, literaci, elity twórców były szczególnie wyrożniane i chołubione przez władzę. Słynne domy pracy twórczej, to nie tylko dobrze karmiące swoich gości kuchnie, ale i zazwyczaj pięknie położone i zajmujące pałacyki i wyjątkowo ładne wille, ośrodki często całorocznego wypoczynku.
Hłasko nie był ulubieńcem władzy, to pewne. Nie znalazłam też nigdzie informacji, by w takich miejscach bywał. Hłasko robił sobie wakacje kiedy chciał i gdzie chciał. Był ponad te rozdzielniki i przydziały. Ale nie z powodu, żeby się akurat brzydził wakacjami fundowanymi przez władzę. Pewnie chętnie by je przyjął i skonsumował. Bardzo wcześnie wyjechał z Polski a jego życie na emigracji obfitowało w przeróżne wakacyjne formy. Nijak się miały do propozycji kulturalnego kina, szczególnie kształcących zajęć. Raczej balował w kurortach i domach zauroczonych nim kobiet i sponsorów. Jak mu się te wakacje już nudziły zabierał się do roboty, rozrywając szaty z rozpaczy, że na chleb czasami zarobić też trzeba.
Ot, Marek Hłasko.

Wydania: