Jak to jest z Jakubem Szulcem

Autor: 
wywiad przeprowadził Mirosław Awiżeń
kuba.jpg

- Dlaczego, i jak to się stało, że zostałeś politykiem?
- Przez przypadek? Ale to jest ciekawa historia... kiedy decydowałem się na działalność polityczną nie miałem o tym żadnego pojęcia. Wówczas pracowałem w Warszawie jako dyrektor w centrali BPH. No i pewnego razu zadzwonił telefon, po drugiej stronie słuchawki odezwał się dzisiaj urzędujący starosta czyli Maciek Awiżeń. No i poinformował mnie, że Zarząd Powiatowy rozważając różne propozycje kandydatów na posłów zaproponował właśnie mnie. Wtedy odpowiedziałem: no fajnie ale po co mi to? Nie odpuścili i rozpoczęły się długotrwałe dyskusje ... na początku odmawiałem, ale po iluś tam przegadanych godzinach zdecydowałem na „tak”. Myślę, „próba nie strzelba” - no i pooooszło.
- No tak - pierwsza próba ale „strzelba wystrzeliła”.
- Tak! W 2005 roku zostałem posłem.
- Kogo miałeś wtedy za konkurentów?
- Paradoks ordynacji wyborczej polega na tym, że nie ma się konkurentów z innych list, tylko ze swojej. Tu decyduje wynik na tej, jedynej liście. Otrzymałem 4. miejsce na liście (za Zbyszkiem Chlebowskim, Kasią Mżygłodzką i Staszkiem Jurcewiczem). Z naszej listy wchodziło trzech pierwszych. No i ja z 4. miejsca na liście uzyskałem trzeci wynik przed Staszkiem Jurcewiczem. W 2005 roku na Ziemi Kłodzkiej udało się wówczas wzbudzić entuzjazm ludzi. Entuzjazm wyborczy.
- Jak się czułeś wchodząc do Sejmu Rzeczypospolitej?
- Byłem zdecydowanie zaskoczony. Ja? „z pierwszej łapanki”? Choć wydawało mi się to nieprawdopodobne... ale powiem może inaczej - z moją dzisiejszą wiedzą, gdyby ktoś złożył mi taką propozycję odrzuciłbym ją, bo uważałbym za nierealną. Ja wówczas po prostu nie widziałem, że to jest nierealne. I może dlatego się udało..
- ... i jesteś już w Sejmie....
- Najpierw spore zaskoczenie, bo okazuje się, że dla osoby, która całe swoje życie zawodowe spędziła w korporacjach tu praca jest zupełnie inna. W banku pracujesz od 8.00 do 18.00. Potem masz wolne cokolwiek by się działo. A w Sejmie niemalże normalną rzeczą było
(i jest) zwoływanie głosowania o dwunastej czy pierwszej w nocy. Owszem, poseł ma swobodny wybór pracy - można powiedzieć, że „ma luz”. I tak bywa, że można leżeć brzuchem do góry przez 4 lata bądź być nieustannie zajętym. Ja zdecydowałem się na pracę. Zresztą to dość oczywiste, ale wówczas praca nie zna dnia ani godziny.
- W jakich komisjach zadeklarowałeś swój udział?
- Przede wszystkim w Komisji Finansów Publicznych, a ponieważ byłem młodym posłem to niejako z rozdzielnika w Komisji Regulaminowej
- Od pierwszego dnia dobrze się czułeś w Sejmie?
- Wbrew pozorom to trudne pytanie, bo jednak wszedłem do „innego świata”. Do Sejmu rzadko trafiają ludzie spoza polityki, prawie każdy z posłów ocierał się w taki czy inny sposób o politykę. Ja przyszedłem prosto z biznesu. Zupełnie odmienne światy.
- Spodobało ci się „politykowanie”?
- Odpowiem nieco żartobliwie: tak - jak tylko przestałem gubić się w Sejmie. Szybko zresztą zauważyłem, że w parlamencie nie można czekać aż ktoś coś mi zleci, ale trzeba samemu poszukać sobie pracy. I znalazłem ją w Komisji Finansów na tyle skutecznie, że udało mi się nieźle przeprowadzić parę spraw, np. dyrektywę, która zapewniała przejrzystość na rynku finansowym, nowe regulacje w sprawie spadków i darowizn czy też ustawę o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-pożyczkowych...
- Potem - kolejne wybory - ty, już polityk „pełną gębą”...
- Tak. Trzecie miejsce, 3. wynik, doskonała wtedy frekwencja, wygrana P.O., i znów parlament i Komisja Finansów.
- A co z Regulaminową?
- Na szczęście to moja druga kadencja, więc mogłem w większym stopniu decydować, w której komisji chcę pracować. Wybrałem Komisję Finansów jako jedyną, bo lepiej pracować mocno i dobrze w jednej. Tak było do października 2008 roku, kiedy to przyjąłem funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Zdrowia. Cała rzecz zaczęła się w okolicach czerwca. Wtedy odszedł Krzysiek Grzegorek, no i ja otrzymałem propozycję objęcia tego urzędu od Ewy Kopacz. Zastanawiałem się przez 4 miesiące.
W końcu uległem. Między innymi po wizycie u Premiera. Przekonywał mnie: „inni na taką propozycje czekają niekiedy całe życie... No i co było robić?
- Zatem jesteśmy w ministerstwie, co z Komisją Finansów?
- Trzeba było ją zostawić. Po pierwsze - nie ma możliwości prawnych łączenia tych dwóch funkcji, po drugie - praca w Ministerstwie Zdrowia to 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. Tak to naprawdę wygląda. Człowiek po prostu „odpływa” w inny świat.
- „Wzięło” cię to?
- Generalnie tak - bo to wielkie wyzwanie - rozumiem, że nie wszystkich zadowolimy, ale poczytuję sobie za zasługi: pracę nad II Pakietem Zdrowotnym, ustawami, które dość gruntownie przebudowywały Służbę Zdrowia poczynając od ustawy o działalności leczniczej do ustawy refundacyjnej.
- Jak oceniasz stan opieki zdrowotnej w Polsce w porównaniu np. z Anglią, Niemcami...?
- ... Anglia nie jest najlepszym przykładem, bo tam publiczna opieka zdrowotna nie stoi na najwyższym poziomie, czego najlepszym przykładem jest fakt, że pracujący i mieszkający w Anglii Polacy przyjeżdżają do kraju, aby tu się leczyć. Natomiast system ochrony zdrowia w Polsce nie jest satysfakcjonujący. Składa się na to kilka czynników. Powiedzmy tu o trzech: - poziom finansowania, - brak konkurencji i samo podejście do pacjenta, - „mętna woda” - czyli sytuacja,w której część środowiska jest zainteresowana utrzymaniem niejasnych przepisów. Tu prym wiedzie środowisko lekarskie. O pracy w Ministerstwie mógłbym zapisać ze trzy tomy. Mogę długo i (niestety) na temat. Ale nie chcę Państwa zamęczać. Wchodząc do Ministerstwa Zdrowia traci się czas na cokolwiek innego. Zresztą widać to było po mojej niebytności na Ziemi Kłodzkiej. Zostawały na działanie lokalne tylko niektóre weekendy...
- Dobrze - to dobiegamy do końca „ministrowania”. Powiedz, jak doszło do tego, że nie jesteś już wiceministrem?
- Swoją dymisję złożyłem już w listopadzie 2011 roku. Zresztą wielokrotnie mówiłem, że koniec kadencji Sejmu, to i koniec mojej pracy w ministerstwie. Okazało się jednak, że proces odchodzenia ze stanowiska jest jeszcze dłuższy niż proces przyjmowania.
- Dlaczego chciałeś odejść?
- Przede wszystkim dlatego, że uznałem, iż praca w ministerstwie jest nieefektywna. To czas „gaszenia pożarów” i nie zostawało go na pracę systemową. Więcej można zrobić „z boku”, bardziej sensownie...
- Na dzień dzisiejszy?
- Jestem posłem. Nie będę podejmował innej aktywności zawodowej w tym czasie, a w Sejmie powrót do Komisji Finansów Publicznych i Komisji Zdrowia. Mam też ciekawe propozycje na prace legislacyjne, np. w kwestii deregulacji zawodów...
- ... a w lokalnej polityce?
- ...na pewno więcej czasu na rozwiązywanie naszych problemów
- Jakie są według ciebie najważniejsze na chwilę obecną do rozwiązania?
- W dalszym ciągu nie stworzyliśmy realnego ZASTĘPNIKA dla upadającego przemysłu i związanego z tym bezrobocia jednego z najwyższych w Polsce. Nie nauczyliśmy się (w pełnym wymiarze) wykorzystywać naszego największego potencjału - czyli walorów turystki, co widać wyraźnie na przykładzie Kłodzka - brak miejsc hotelowych, brak zachęt dla inwestorów - turysta zwiedzi Twierdzę
i co potem? - a i galeria Twierdza Kłodzka na obrzeżach Kłodzka powoduje wymarcie śródmieścia... Problemów - i to systemowych - jest sporo. Warto wykorzystać możliwość dofinansowywania powiatu czy naszych gmin poprzez Państwową Agencję Rozwoju Przemysłu poprzez Agencję Rozwoju Regionalnego.
- Kadencja tego Sejmu kończy się w 2015 roku. Co dalej?
- Jestem politykiem. Zapewne dalszy start do Sejmu, ale trzy lata zostało - to sporo jak na prognozowanie...
- Jednak za dwa lata wybory samorządowe. Czy kiedykolwiek pomyślałeś o umocowaniu się tutaj? Np. jako burmistrz Kłodzka czy starosta ?
- Hmmm... wiele razy powtarzałem, że lokalna polityka jest najważniejsza. Ale niekoniecznie trzeba od razu startować do lokalnych władz, by „istnieć lokalnie”. Nie zamierzam w najbliższej przyszłości startować w wyborach lokalnych. Doszło do mnie również, że ubiegam się o stanowisko dyrektora Specjalistycznego Centrum Medycznego w Polanicy Zdroju czy też o fotel prezesa Zespołu Uzdrowisk Kłodzkich... nic z tych rzeczy!
- I na koniec. Ile to zarabia Jakub Szulc?
- Jako poseł mam 9 600 zł miesięcznie. Na utrzymanie biur poselskich
12 tys. zł. Nie zatrudniam nikogo z rodziny - nie ma więc posądzenia o nepotyzm, nie „oszczędzam" też na biurach. Wszystkie pieniądze przekazywane na ten cel z kasy sejmowej przeznaczam na ich działalność, a ze swojej pensji i tak część pieniędzy „idzie” na koszty pracy poselskiej, bowiem nie wszystkie koszty są refundowane poprzez delegacje.
Ja rozumiem, że dla przeciętnego Polaka nasze dochody są stosunkowo wysokie. Ale kiedy byłem zatrudniony
w korporacji, to zarabiałem więcej. Pieniądz jest ważny, ale nie może przesłonić satysfakcji z wykonywanej pracy.
- Dziękuję za wywiad (strumyk,bo przecież nie wywiad-rzeka).

Wydania: