FITNESS I BAJERY – czyli DRUGA STRONA MEDALU

Autor: 
Magda Litwin

Fitness, jak każda inna branża rządzi się stałymi prawami rynkowymi. Aby była podaż musi być popyt. Z jednej strony troska o klienta, z drugiej działania marketingowe mające przynieść jak największe obroty. Klienta trzeba pozyskać, a klient potrzebuje nowości. Nie będzie z dziada pradziada uprawiał jogging czy chodził na aerobik. Tak więc na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat mieliśmy już callanetics, pilates, step, bodyball, aquaerobik, zumbę, latungę, nordic walking i wiele innych – cieszących się w swoim czasie mniejszą lub większą popularnością. Gdy klient zostanie już pozyskany - do akcji wkracza cała infrastruktura: rusza produkcja odzieży, obuwia, gadżetów, sprzętu.
Z reguły produkty te cechuje cena zupełnie nieadekwatna do realnej wartości towaru. Można także za wygórowaną kwotę zakupić muzykę oraz licencję do samodzielnego prowadzenia zajęć, a także prawo używania firmowego znaku. I tu nierzadko zaczyna się poważny problem. Jeden z popularnych aktualnie rodzajów zajęć przy muzyce, obecny w każdym niemal klubie fitness, cechuje się tym, że wypuszcza na rynek „instruktorów” na podstawie dwudniowego szkolenia. Na takie szkolenie przyjść może – cytuję - każdy kto chce, wprost z ulicy. Nie jest wymagane wcześniejsze ukończenie kursów na instruktora fitness lub tańca. Nie przeprowadza się wstępnej weryfikacji, ani końcowych egzaminów. Czego można się nauczyć w ciągu dwóch dni? Za mało, by pracować jako instruktor i wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo potencjalnych klientów. Dla jasności dodam, że aby zyskać rzeczywiste uprawnienia instruktorskie do prowadzenia fitnessu czy aerobiku zgodnie z ustawowymi przepisami obowiązującymi w Polsce należy odbyć kurs kwalifikacyjny obejmujący 160 godzin, a w przypadku absolwentów AWF – 100 godzin. W szkoleniu mogą wziąć udział osoby legitymujące się co najmniej wykształceniem średnim. Kurs obejmuje zajęcia teoretyczne oraz praktyczne. Przyszli instruktorzy poznają m.in. anatomiczno – fizjologiczne podstawy treningu, a także medyczne i pedagogiczne aspekty działań w obszarze rekreacji ruchowej. Kurs kończą egzaminy teoretyczne oraz praktyczne i w zależności od ich wyników absolwent otrzymuje, lub nie, uprawnienia instruktorskie. Jak więc się mają do tego dwudniowe pseudo-kursy? Nijak, ale kluby chętnie przyjmują adeptów pseudo-kursu z uwagi na popularność tego rodzaju zajęć. A co z odpowiedzialnością za uczestników?
W zasadzie każdy klub czy instruktor zobowiązany jest posiadać ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej – a więc problem jakby z głowy. No, chyba że instruktor wykaże, iż wypadek zdarzył się nie z jego winy – wówczas klient ze swoim problemem pozostanie sam.
Ale nie na tym koniec. Firma, o której mowa chroniąc swoje dobra osobiste stworzyła ogólnodostępny rejestr absolwentów prowadzonego przez siebie dwudniowego kursu czyli osób posiadających licencję. Dzięki temu łatwo wywnioskować, że wiele klubów oraz instruktorów prowadzi te popularne zajęcia niejako „na lewo” - nie zawracając sobie głowy szkoleniami, czy wykupem licencji. Obchodzą w ten sposób problem wygórowanych kosztów. A przecież zaoszczędzone pieniądze zawsze można zainwestować w firmową odzież i zyskać „bardziej profesjonalny look”.
Kolejny aspekt tematu „fitness i bajery” dotyczy kwestii mocno zróżnicowanych cen w różnych klubach.
Zależność jest prosta – im większy klub, tym wyższa cena. I to jest zgodne z logiką. Koszty utrzymania jednoosobowej firmy są nieporównywalnie niższe, niż koszty dużego klubu. Płacąc trzy- czterokrotnie więcej zapewniamy sobie rozliczne bajery w postaci recepcjonistki, managera, konsultanta ds. obsługi klienta, a w końcu trenera osobistego. I z tym ostatnim też jest problem. Bo, jak nazwa wskazuje należałoby oczekiwać, że trener personalny będzie do naszej wyłącznej dyspozycji. Oczywiście nie jest możliwe, aby którykolwiek klub był w stanie zatrudnić tylu instruktorów, co klientów. Tak więc trener osobisty po prostu musi mieć podzielną uwagę.
Pozostaje pytanie – czy warto przepłacać?
Otóż, co kto lubi. Istnieje grupa konsumentów, która tego potrzebuje. Niekiedy płacąc więcej ludzie czują się po prostu dowartościowani. A co z posiadaczami skromniejszego portfela?
Zawsze pozostaje wybór.

Wydania: