Agroturystyczne wspomnienia
Zanim rozpoczniemy kolejny turystyczny sezon proponuję wspomnieniową wędrówkę agroturystycznym szlakiem. Najczęściej trafiałem do tych na Ziemi Kłodzkiej…
SPOTKANIE PIERWSZE. Do tego gospodarstwa trafiliśmy przez przypadek. Samochodem dojechaliśmy wtedy do Wojtówki, rozciągającej się wzdłuż rwącego potoku. Droga była coraz węższa. Momentami mieliśmy wrażenie, że spadniemy z wielkiej skarpy. Nie ma nawet gdzie się wycofać. Siłą rzeczy musimy jechać dalej, prosto. I tak oto jesteśmy przed agroturystyką „Kamiz”. Wstępujemy tylko z ciekawości, bowiem i tak mamy zarezerwowane noclegi w uzdrowisku. Wszystko ponoć zależy od pierwszego kontaktu. Miły pan zaprasza do obejrzenia swojej zagrody. Przeniósł się tu z dużego miasta, kupił ziemię i ani myśli opuszczać te strony. Nowy, przestronny dom. Kilka pokoi dla gości, jest też salka stanowiąca pewnego rodzaju mini-kawiarenkę. Wokół lasy, niestety grzybów w tym okresie było niewiele. Położone dość wysoko ok. 700 m npm, za to widoki… Pod nami, u naszych stóp Kotlina Kłodzka, wspaniały widok zwłaszcza nocą. W dole rozświetlone wioski, jak małe rozrzucone perełki. Można siedzieć i podziwiać godzinami. Właściciel zaprasza na konie, mamy wątpliwości, bowiem nigdy ich nie dosiadaliśmy. Udała się jednak pierwsza lekcja. Na rozległych górskich łąkach stada owiec i kóz, są i inne zwierzęta. Zamawiamy obiad. Skusiliśmy się, bowiem są to potrawy z własnych produktów. Wybieramy królika, jest doskonały. Może faktycznie przez żołądek trafić najłatwiej. Zostajemy na dwa-trzy dni chociaż wcześniej nie mieliśmy takiego zamiaru. Wyjątkową atrakcją jest jednak sama kuchnia. Na śniadanie np. pyszne kozie serki. Robi je o kilku smakach, pewien zapas zabieramy też do domu. Wieczorem tak po prostu zaprasza na lampkę wina. Długo rozmawiamy o jego życiowej drodze, która doprowadziła go do malowniczej Wojtówki. Napotkał ją kiedyś przypadkowo podczas górskich wypraw, wracał później wielokrotnie. A kiedy nadarzyła się okazja kupna ziemi, został. Gospodarstwo oferuje bezpośredni kontakt ze zwierzętami. Oferuje m.in. konne jazdy, rajdy terenowym samochodem i krajoznawcze wyprawy. A jest co tu podziwiać. Szczyt m.in. Borówkowej z wieżą widokową po czeskiej stronie. Blisko do lądeckiego uzdrowiska i … kopalni złota. Liczne szlaki piesze, rowerowe... Szczególnie ujęła nas jednak wyjątkowa gościnność. Nie dziw, że gospodarstwo zalicza się do najlepszych w regionie, ale o tym dowiedzieliśmy się później. Stąd liczne nagrody i wyróżnienia.
SPOTKANIE DRUGIE - W ostatniej chwili /zresztą jak zwykle /decydujemy się na wyjazd w Bory Tucholskie. Kiedyś za studenckich jeszcze czasów przeszliśmy je wzdłuż i wszerz. Dźwigając wszystko na plecach, z namiotem i żywnością włącznie. Dzisiaj rzadko z uwagi na dużą odległość wracamy w tamten region, chociaż jest tak uroczy. Docieramy do Chojnic. W Informacji Turystycznej prosimy o wskazanie agroturystyki schowanej głęboko w borach, z dobrą domową kuchnią, z ciszą i miłymi gospodarzami. Może tym razem marzeń mamy zbyt wiele. Będzie trudno, bo też pełnia sezonu, a do tego jeszcze piątek, początek kolejnego weekendu. Po wielu telefonach miłego pracownika IT mamy wreszcie adres. Tylko, czy tam traficie… Jakoś jednak docieramy, chociaż było trudno. A to skręcić za wielką sosną, a to za mostkiem czy kapliczką. Znajdujemy wreszcie wielkie gospodarstwo, dziś już nie pamiętamy nazwy tamtej wioski. Pokazują jeden wolny jeszcze pokój. Na pierwszy rzut oka nas wystraszył. Pełno pierzyn, jaśków, obrazów z jeleniem w tle czy skromną /że tylko tak powiem/ wspólną łazienką. Rozpakowanie zostawiamy na później, bo nie jesteśmy jeszcze zdecydowani tu zostać. Warunki nie najlepsze, ale też co robić. Po obiedzie szybko zmieniamy decyzję. Jadło pyszne to mało powiedziane, wprost wspaniałe. Stół aż uginał się od różnego rodzaju potraw, własnych wędlin, pysznych ciast a śmietanę do kawy… można było nożem kroić. Gospodarstwo faktycznie położone z dala od innych zabudowań, w środku lasu. Do najbliższego miasteczka gdzie normalna już droga z pięć km, leśnymi duktami, skręcając najlepiej według szkicu. Blisko zabudowań stary wodny młyn, no może w pierwszą noc trochę nie koił nerwów swoim szumem, ale… Mili gospodarze chociaż w tym okresie byli wyjątkowo zajęci żniwami. Wielkie też mieliśmy szczęście, że trafiliśmy do tradycyjnej kaszubskiej rodziny z dziada pradziada. Naszym opowieściom nie było końca. Ciekawi nas bowiem zawsze regionalna kultura, zwyczaje czy historie /często dość pokręcone przez historię/ tych ludzi. W żadnym hotelu tego nie doznasz. Może warunki pobytu dość trudne /mogło się już zmienić / ale biją innych na głowę m.in. gościnnością, jadłem, malowniczym położeniem i tymi opowieściami.
I jak tu nie wracać…
Ostatnio wracaliśmy znad morza, jadąc przez Bory Tucholskie. Niestety nie zachowaliśmy adresu tamtego gospodarstwa, pozostały tylko miłe wspomnienia. Zatrzymaliśmy się z uwagi na późną nocną porę w jednym z pensjonatów. Podczas rozmowy wrócił temat tamtego wyjazdu, zachowały się w pamięci jeszcze dość ogólne owe „rozpoznania terenowe”. To przecież blisko od nas – powiedzieli wtedy właściciele pensjonatu.
W rozmowie zgadzało się wszystko, postaramy się tam wrócić niebawem. Tylko, czy spotkamy tamten klimat i tamte też obrazy sprzed pięciu czy sześciu lat?
SPOTKANIE TRZECIE. Trafiliśmy tu równie przypadkowo, jak to w naszym życiu bywa. Przeciwieństwo poprzedniej agroturystyki. To stara zabytkowa zabudowa z XIX zapewne wieku. Typowy sudecki czworobok, z zamkniętym pod-wórzem i piękną bramą wjazdową. Spotyka się je często w sudeckim regionie, są na ogół na granicy ruiny. Piękna zabudowa, tylko tak mało kto o nią tutaj dba. Ten obiekt jednak przywrócono do życia. Starannie odnowiony, zachowano każdy dawny architektoniczny detal. Połączenie tradycji, dobrego smaku i nowoczesności. Pokoje już w nowoczesnej aranżacji, przytulne, funkcjonalne. Tylko sala jadalna z przepięknym sklepieniem zachowana w stanie, jakby dawni bogaci właściciele przed chwilą wyszli na spacer. Na ścianach stare obrazy, masa tzw. antyków. Jest i specjalny pokój biblioteczny, rzecz rzadka - kiedy udostępnia się gościom bogaty księgozbiór. Kuchnia… tylko palce lizać. Cały czas do dyspozycji gości smalce różnych smaków, domowy zapewne chleb. W gospodarstwie są kozy, stąd podziwiamy ich chów, dojenie i wyrób serków. Są wspaniałe, tak jak wspaniałe są nalewki – dzieło naszej gospodyni. Nalewki zapewne nie dla wszystkich, ale przynajmniej dla nas uczyniono wyjątek. Gospodarstwo w stanie ruiny wraz z otaczającymi go polami, lasem i łąkami kupiono kilka lat temu. Przywrócili go do życia i dawnej świetności niemałym wysiłkiem a i zapewne kosztem. Dla tego miejsca porzucili gwarne miasto, bo też warto było odnaleźć ten zakątek. Wokół piękny, zadbany ogród pełen kwiatów. Wspaniałe miejsce do wypoczynku, relaksu ale i twórczej pracy. Za ten trud nagrodzono ich licznymi prestiżowymi tytułami, bowiem zasługują na to. Gospodarstwo spotkamy nieopodal Kłodzka, warto szukać.