Noworoczne obietnice
Nastaje nam Nowy Rok. Koniecznie trzeba sobie i innym coś obiecać. Do tej pory najczęściej wyznaczałam sobie różne trudne zadania. A to, że będę codziennie ćwiczyć i schudnę o dwa rozmiary albo, że nauczę się skrupulatnie wszystko zapisywać, bo pamięć mam kiepską i zapominanie bardzo komplikuje mi życie. Nawet kiedyś obiecałam sobie, że nauczę się mówić w pewnym obcym języku, co mi wcale tak obcy nie jest.
Zazwyczaj po kilku tygodniach zapominałam o obietnicach i moje życie wracało do normy. Kiepska pamięć dość szybko przynosiła ulgę dla mojego sumienia. Pewnie dobry Pan Bóg daje dar zapominania, by nie było nam nieznośnie ciężko żyć. Mam niestety jakieś dziwne przeczucie, że istnieje pewna grupa społeczna zwana politykami, co ten dar posiada w nadmiarze (ale to działka pana dr. Pokrywki i nie będę w jego ogródku grządek uprawiać). Za to fiskus pamięta, aż za bardzo - pewnie Pan Bóg tak szczodrze ich nie obdarza darem zapominania, bo nie zdarza się im o nas, biednych podatnikach zapomnieć. Ale nie żeby zaraz fiskusa nie lubić. Podatków jak każdy normalny człowiek płacić nie lubię ale personalnie nic do fiskusa nie mam. Nawet wprost przeciwnie. Mój fiskus ma całkiem ludzką twarz i czasami uprzejmie uśmiecha się do mnie.
W tym roku składam uroczyście obietnicę, że będę jadła i piła same dobre rzeczy. Ser kozi z mleka udojonego od kóz pana Piotra, jajka od kur szczęśliwych, masło prawdziwe a nie jakiś „mix”, pomidory od pani Elżbiety z Żelazna. Pyszną zupę ogórkową w barze „Kryształowa”zjadłam wczoraj. Mój brzuch mruczał z zadowolenia ciepły i syty. Mam nadzieję, że dane mi będzie zjadać talerz ciepłej zupy w „Kryształowej" przez cały rok. Zupa to zupa - jak chleb nasz powszedni, jedzmy ją codziennie. Nie będę obiecywać, że codzienne zakupy będę robić w sklepikach po sąsiedzku, bo od lat jestem ich wierną klientką a supermarkety omijam szerokim łukiem. Obiecuję codziennie rano jeść śniadanie, najlepiej owsiankę albo inną kaszę. Obiecuję. Ciekawe dlaczego? Odkąd nauczyłam się czytać, czytam książki i codzienne gazety.
W tych ostatnich przeczytałam, ile będą kosztować niektóre leki i procedury medyczne po nowym roku. Szybko chwyciłam pióro i liczydło. Wyszło mi, że całkiem nie opłaca się odżywiać niezdrowo. Dosłownie - NIE OPŁACA!!! Taka się wyrachowana z tego strachu zrobiłam. Wiem, wiem, choroba nie wybiera - powiecie drodzy Czytelnicy.
A jeśli wybiera, to co? A jeśli wybiera tych, co ją przyciągają? Narzekają, jęczą, robią miny? Uśmiechają się raz na rok i to tylko wtedy, gdy sąsiadka złamie nogę spadając ze schodów?
Polacy są bodajże najliczniejszymi klientami aptek w Europie. Schorowani, często w poczekalni u lekarza i na szpitalnym łóżku. Skąd się to bierze? Moja znajoma mieszkająca na stałe we Francji za każdym razem, gdy odwiedza Polskę pyta mnie marszcząc czoło z namysłem:
* Czy wy może macie znowu jakąś żałobę narodową, a ja to przeoczyłam? Wszyscy tacy ponurzy na ulicach, tacy smutni?
* Droga Pani Francuzko, my tak już mamy! Taki powszechny brak uśmiechu. Nawet kelnerka podaje filiżankę kawy z miną jakby ją zęby bolały.
* O nie! - zaprzecza Francuzka. Pan Policjant wczoraj wręczał mi mandat 200 zł” za niemanie” świateł drogowych w czasie jazdy dziennej z bardzo radosnym uśmiechem!
Kochani, życzę Wam cudownie uśmiechniętych
kelnerek i sprzedawców, kompetentnych urzędników,
życzliwych sąsiadów, ludzkich szefów,
mądrych lekarzy, nauczycieli i sędziów.
No a przede wszystkim, życzę z całego serca
byście mogli odczuwać całym swoim ciałem
piękno i smaki życia.
Byście zauważali kolory kwitnących kwiatów,
słyszeli śpiew ptaków i z radością patrzyli
w przyszłość. Zwariowałam?
Raczej policzyłam ile kosztuje choroba
z powodu złego, ponurego życia.