Felieton Redaktora Naczelnego: Co to takiego "innowacyjność"?

Autor: 
Mirosław Awiżeń

Wszyscy dookoła namawiają nas do „innowacyjności”, czyli - ogólnie rzecz biorąc do „główkowania” co by tu jeszcze ulepszyć, jak sobie poprawić byt przy jak najmniejszych kosztach, co by tu jeszcze wymyśleć... A z tym u nas krucho, kruchutko. Aż cisną się na myśl słowa Młynarskiego - „... co by tu jeszcze spieprzyć”. Bo rzeczywiście - nikt jeszcze nie znalazł „klucza”, który otworzyłby nasze mózgownice szerzej niż tylko na zdobycie „papierka” wyższej uczelni i załapanie się na stanowisko urzędnicze (firmy prywatne do pracy biorą i owszem - po studiach, ale z renomowanych uczelni), załapania się na pracę u znajomego bądź „przy tatusiu”, czy też wyjścia ostatecznego, najbardziej „rzutkiego” - wyjechać stąd w diabły, bo wszędzie jest dobrze tylko nie u nas.
No więc jak to jest z tą naszą „innowacją”? ... Kto ma nas nauczyć, że innowacyjność polega na tym, żeby u siebie, na miejscu stworzyć warunki życia i bycia godnego i do pozazdroszczenia przez „obcych”, tak jak my zazdrościmy np. Anglikom. I tu być może jesteśmy bliscy wytłumaczenia - co to znaczy innowacyjność i od czego to zależy. Trzeba tak zorganizować społeczeństwo, aby zechciało sobie poradzić bez pomocy innych (nie wykluczam oczywiście współpracy). Aby szacunkiem nie cieszył się bezrobotny, który „jest taki cwany”, że doi społeczeństwo, ale przedsiębiorca, który daje możliwość pracy i rozwijania się oraz zarobienia (nie otrzymania) pieniędzy za tę pracę.
Ciekawym przykładem pojedynczej „innowacyjności” organizacyjnej Polaków może być sport. Dużo lat temu (tuż na początku naszej transformacji ustrojowej - będzie to ze 20 lat) nastąpił „cud” w sporcie żużlowym. Zaczęło się to od właściciela klubu żużlowego z Polski, z Zielonej Góry, z „Falubazu”, który zaprosił do pracy najlepszych żużlowców świata. I tacy się zjawili. (Potem i inne kluby sprowadzały najlepszych). Skąd mieli pieniądze „na początek”? Nie wiem, ale jestem pewien, że zaryzykowali wszystkim co mieli i nie mieli. Udało się. Dziś polska liga żużlowa to mistrzowie świata, to „śmietanka żużlowa” tego świata. I to w Polsce!
A z drugiej strony sportu mamy piłkarzy od „kopanej” bardzo, ale to bardzo pośledniego lotu, przepłacanych, „wyrzucających” z gry naszych piłkarzy ...
A tymczasem - znów wrócę do żużla - nasi żużlowcy też są mistrzami świata, w każdej z drużyn jest przynajmniej połowa „naszych”, a najmłodsi „nasi” są młodzieżowymi mistrzami świata. Sumując: „innowacyjność” to coś takiego jak w „Falubazie”, tkwienie w maraźmie to tak jak w „Wiśle” Kraków - pełno przeciętnych „zagraniczniaków” i zdarza się Polak. Co poniektóre kluby zatrudniają trenerów z zagranicy. Niech oni uczą nas jak nowocześnie zorganizować klub... ale nic z tego nie wychodzi. „Zagraniczniacy” ściągają do siebie swoich znajomków, „kręcą„ swoje interesy, a właściciel płaci wściekając się jak np. p. Cupiał w bezradności swojej. Ale on wydaje własne pieniądze - gdzieś indziej ma dobrze poukładaną firmę i stać go na „błędy i wypaczenia”. Gorzej, gdy „błędy i wypaczenia” popełniają ludzie odpowiedzialni za stan naszych umysłów (nauczyciele, profesorowie, naukowcy), stan naszych portfeli (menagerowie, zarządcy naszego dobra narodowego) za dobrze zorganizowane społeczeństwo (politycy), którzy popełniają „błędy i wypaczenia” za nic nie odpowiadając.
Czyli - tak naprawdę - trzeba zabrać się na poważne za zmienienie mentalności Polaków, która spowoduje, że uczeń będzie przerastał mistrza i największą satysfakcją ich obu będzie właśnie taki wynik ich działania.

Wydania: