Podręczniki a sprawa polska

Autor: 
Jan Pokrywka

Sierpień to w Polsce miesiąc szczególny, przynajmniej pod względem finansowym. Koniec sezonu urlopowego to stres wiązany nie tylko z koniecznością powrotu do „normalności”, to także kryzys finansowy. Wakacje, wiadomo, kosztują. Co gorsza we wrześniu zaczyna się rok szkolny i związane z nim kolejne koszty. Tzw. wyprawka szkolna kosztuje sporo, co roku więcej, a podręczniki dla dzieci rozpoczynających naukę mogą kosztować ok. 350 zł, dla gimnazjalistów dwa razy więcej. Nic dziwnego, że sprawa stała się polityczną.
Lider PiS zauważył, że ceny podręczników szkolnych są tak wysokie, że wiele rodzin musi zaciągać kredyty, żeby wysłać dzieci do szkoły. Przyczyn jest kilka: wyższy VAT, zmiana podręczników co roku, a zwłaszcza ćwiczeń i zapowiedział, że gdy jego partia dojdzie do władzy, „żadne lobby nie będą nas naciskały skutecznie, nikt nie będzie robił wielkich interesów na podręcznikach, za to będą z całą pewnością znacznie tańsze i na pewno nie będą zmieniane co rok”.
Dziennik „Fakt” spekuluje, że „zapewne chodziło mu o bardzo silne lobby wydawców i sprzedawców podręczników szkolnych. To właśnie im zależy na tym, by podręczniki szkolne były zmieniane co roku /.../ na takich zmianach zależeć może także... nauczycielom. Zdarza się, że producenci i sprzedawcy przekupują ich drobnymi upominkami lub szkoleniami - proceder ten opisał w zeszłym roku szkolnym portal interia360.pl: Zamawiając (książki) bezpośrednio od (wskazanego przez szkołę) wydawcy uczniowie dostają 15% upustu, natomiast nauczyciel upominki: długopisy, wieczne pióra, pomoce naukowe. Najbardziej aktywni mogą liczyć na darmowe szkolenia, drobny sprzęt AGD i RTV”.
Coś w tym jest, gdyż rynek wydawnictw szkolnych szacuje się dziś na 850 mln zł.
Politycy opozycyjni mają kilka pomysłów, od zakazu powyższych praktyk, przez wprowadzenie modeli francuskiego, czy niemieckiego gdzie książki kupuje się do bibliotek, a dzieci wypożyczają je na lekcje, do wprowadzenie e-booków.
Zdaniem posłanki Jakubiak „pod-ręczniki powinny być w komputerach, a lektury do poduszki” nawiązując tu do obietnicy Premiera Tuska, że każdy gimnazjalista będzie mieć laptopa.
Wszystkie te pomysły są cenne i coś pewnie by wniosły, ale istota problemu, której poza politykami Nowej Prawicy inni zdają się nie dostrzegać, leży gdzie indziej. Przyczyną zła jest po pierwsze, przymus nauki, po drugie, istnienie ministerstwa oświaty i podległych im jednostek oraz wynikający z tego centralny, ustalany przez państwo, program nauczania.
Libertarianin Murray Rothbard uważa państwo za organizację posiadającą monopol na przemoc, która jednak dba o nadanie swojej działalności pozorów legalności. W tym celu wykorzystuje m.in. oświatę, której głównym celem jest umysłowa tresura społeczeństwa, aby uznawało państwo jako byt naturalny, niezbędny do istnienia.
Z klei wizjoner Alvin Toffler postrzega historię jako pewne fale kulturowe. Jedną z nich, od XVIII w. jest epoka przemysłowa, na której potrzeby powstał obecny model szkolnictwa.
Rzecz w tym, zauważa Toffler, że żyjemy obecnie w epoce super przemysłowej, będącej przejściową do epoki informatycznej. Z tego też powodu obecny system kształcenia polegający na zapamiętywaniu informacji jest anachroniczny, gdyż postęp nauk jest tak duży, że żadne podręczniki ani programy nie są w stanie mu dorównać. Zamiast niego proponuje nauczanie domowe ze zindywidualizowanym programem opartym na nauce rozwiązywania problemów.
Organizacyjnie byłaby to taka e-szkoła, ale co najważniejsze – o wiele tańsza, bezpieczniejsza niż obecne molochy.
Jest to wizja zbliżona do programu Nowej Prawicy, ale co najważniejsze – problem drogich podręczników pokazany na wstępie, nie miałby tu miejsca.

Wydania: