Upalne lato - opowiadanie (cz.5)

Autor: 
Katarzyna Redmerska

Od rozmowy w lesie nie widziała się z Marcinem. Minęły już cztery dni.
- Dlaczego się nie odzywa? - myślała, chodząc z kąta, w kąt. Przerażały ją uczucia, które nią targały. Żeby nie myśleć, wynajdywała sobie zajęcia. Skosiła trawnik, przycięła krzewy. Wysprzątała porządnie mieszkanie. Pomogło, ale na chwilę. Gdy więc zadzwoniła do niej Jagoda, że jest z dziećmi u teściów, koło Międzylesia, nie zastanawiała się ani chwili i pojechała do niej. Musiała się komuś wygadać. Jagoda była koleżanką ze studiów. Pracowały razem w muzeum. Potem Ania zrezygnowała z pracy i otworzyła pracownię renowacyjną, ale kontakty utrzymywały nadal. Jagoda znała całą sprawę z Marcinem.
Przy okazji wizyty zahaczyła o Międzylesie, obejrzeć wystawę w ramach „Letniej Galerii Sztuki”, w zamku. Rodzice opowiadali, że warto ją zobaczyć.
* * *
- Śliczne te twoje bliźniaki - trzymała na kolanach, tłuściutkiego, rocznego chłopczyka.
- Nie zaprzeczę - Jagoda, nie kryła dumy. Do piersi przytulała, równie tłuściutką dziewczynkę. - Zawołam Rafała, niech weźmie te szkraby. Opowiadaj, co słychać? - zapytała, gdy zostały same.
- Marcin wrócił. Spotykamy się. Rzecz jasna po przyjacielsku - dodała widząc jej zgorszone spojrzenie.
- Tobie odbiło?!
- Ja go chyba nadal kocham.
- Bzdura! Zapewne Marcin wyznał ci miłość i, że żałuje tego co się stało?
- Skąd wiesz?
- Znowu okręca cię wokół palca. Kiedy zrozumiesz, że z niego jest kawał drania.
- Nie mów tak! - zaoponowała.
- Zdradzał cię z Izą, gdy byliście parą.
- Nieprawda!
- Wszyscy o tym wiedzą, tylko ty się okłamujesz. Ciekawe dlaczego Iza, po jego wyjeździe do Melbourne, też tam pojechała.
- Przypadek.
- Żaden przypadek. Dziewczyno, masz super męża. Facet świata poza tobą nie widzi.
- I dlatego ciągle pracuje? Teraz też wakacje spędzam sama.
- Za to, nie brakuje ci ptasiego mleka. Nie zaprzeczysz.
- No nie - westchnęła.
- Nie kochasz Piotra? - spojrzała na nią.
- Kocham. Kocham ich obu. Poradź mi, co ja mam robić? - zapytała bezradnie.
- Opamiętać się.
* * *
Siedziała w ogrodzie, gdy przyszedł Marcin.
- Cześć - pocałował ją w usta. Nie zaooponowała. Była przy nim bezwolna. Przerażało ją i jednocześnie podniecało, to uczucie.- Wybacz, że milczałem, ale miałem dużo pracy. Mam prośbę. Przygarnęłabyś na kilka godzin Bazyla? Mam spotkanie we Wrocławiu. A on nie lubi być długo sam.
- Nie ma problemu.
* * *
Czytała książkę i piła wino. Bazyl leżał grzecznie obok kanapy.
- W głowie mi szumi. Zdaje się, że za dużo wypiłam piesku - zachichotała. Zadzwonił telefon. - Hallo - odezwała się przeciągle.
- Ania?
- No, a kto?
- Co porabiasz?
- Piję winko.
- Właśnie słyszę.
- Oj Piotr. To przez upał. Nawet kompot fermentuje w minutę - zachichotała i czknęła.- Wybacz.
- Jutro przyjeżdżam.
- Co takiego?! - otrzeźwiała momentalnie.
- Mam wolny weekend, a z Pragi do Idzikowa, to rzut kamieniem. Wynająłem już samochód. Będę wieczorem.
- Przyjeżdżasz?
- Czy ja nie wyrażam się jasno?! - zniecierpliwił się. - Odnoszę wrażenie, że się nie cieszysz.
- Ależ skąd! Po prostu jestem zaskoczona - zaszczekał Bazyl, bo oto do pokoju wszedł Marcin. Przyłożyła palec do ust, by milczał.
- To pies szczekał?
- Tak. Pilnuję psa sąsiada. Syna pani Wandy. Znaczy pies jest syna.
Marcin stał z rękami w kieszeniach i kiwał głową. Gdy skończyła rozmawiać, odezwał się: - Brakowało, byś stała na baczność.
- Odpuść sobie - bąknęła.
- Dobrze, że przyjeżdża. Będzie okazja porozmawiać.
- Jeszcze nie teraz.
- A kiedy?- objął ją.- Przecież wszystko jasne.
- Tak jesteś pewien, że wybiorę ciebie?
- Tak - musnął kciukiem jej usta. - Dla ciebie jestem gotów przeprowadzić się do Wrocławia. Właśnie ta podróż, była w tej sprawie. Profesor Karski, chce bym został jego wspólnikiem.
- Naprawdę? - poczuła dziwny lęk.
* * *
Jechał do Idzikowa jak na skrzydłach. Ależ się za nią stęsknił. Nie widzieli się prawie trzy tygodnie. Marzył o jednym. Wziąć ją w ramiona i kochać się z nią. Zaśmiał się do swoich myśli.
* * *
Jeszcze kilka tygodniu temu, na wieść, że przyjeżdża, byłaby w siódmym niebie. A teraz? Bała się tego spotkania. - A niech to szlak - klęła nakrywając na tarasie, do kolacji. Gdy usłyszała samochód na podjeździe, wyszła przed dom.
- Witaj bączku - przytulił ją.
- Cześć - odsunęła się od niego.
- Tak witasz męża? A gdzie gorący buziak? - pocałowała go w usta. - Nie miałem takiego buziaka na myśli - mruknął i nim zdążyła zareagować, wziął ją w ramiona i namiętnie pocałował.
- Jeszcze ktoś zobaczy - delikatnie wyswobodziła się z jego objęć.
- A niech patrzy. Niech widzi jak kocham swoją żonę.
- Kolacja już czeka - czuła, że nerwy ma napięte do granic.
- Ślicznie wyglądasz - odezwał się, gdy siedzieli przy stole. - Nie masz kaca?
- Nie mogłeś sobie darować, co?! - wybuchnęła.
- Anulka, ja żartuję - śmiał się. - Mam coś dla ciebie. - Wyszedł z tarasu, po chwili wrócił z dużą papierową torbą. Uśmiechając się do niej łobuzersko, wyciągnął z niej czekolady studenckie.
- Że też pamiętałeś - zaśmiała się, chociaż chciało się jej płakać.
- Wiem co lubisz - wyciągnął do niej dłoń. Podeszła i usiadła mu na kolanach. - Dziękuję - pocałowała go w policzek.
- Tęskniłem za tobą - całował ją w szyję.- Może położymy się wcześniej?
- Chcesz spać o tej porze?
- Nie myślę o spaniu - kciukiem głaskał jej kark.
- Wybacz, nie mam nastroju.
- Już ja go w tobie rozbudzę - całował płatek jej ucha.
- Naprawdę, nie dziś - wstała z jego kolan i zaczęła sprzątać ze stołu.
- Stało się coś? - zapytał, pomagając jej.
- Nie.
- Dobrze cię znam. Widzę, że coś cię gryzie.
- Cholera Piotr! Mam prawo nie mieć ochoty kochać się z tobą! - odezwała się ostro. - Przepraszam - dodała po chwili, czując wyrzuty sumienia. Podeszła do niego i przyłożyła swoje czoło do jego. - Ten upał mnie strasznie męczy. Plotę trzy, po trzy. Wynagrodzę ci ten wieczór, obiecuję.
- Nic mi nie musisz wynagradzać - przytulił ją.- Wiesz, że o wszystkim możesz mi powiedzieć.
- Wiem - czuła jak rumieńce wstydu, wykwitają na jej policzkach. C.d.n.

Wydania: