Urzędnik to służba nie drużba
Życzyłbym sobie, aby każdy petent, w każdym urzędzie, w każdej instytucji (także w recepcji) był traktowany jak VIP. I to tylko wystarczyłoby, żeby w Polsce biurokracja była przychylna obywatelowi.
Zdarzyło mi się występować w roli „szarego” obywatela jak i powiedzmy - VIP-a, czyli osoby powszechnie znanej. Zdarzało się, że jako „szary” obywatel byłem tak samo traktowany jak „VIP”. Ale to się tylko zdarzało. Najczęściej siedziałem sobie na korytarzu bądź w poczekalni (recepcji) jakiejś instytucji i cierpliwie czekałem kiedy maszerowali przede mną w te i we wte zaaferowani urzędnicy „swoimi” sprawami. Zdarzało się, że musiałem cierpliwie czekać w instytucji świadczącej usługi dla ludności, bo: „odbywa się ważna narada”, bo „przełożony jest ważniejszy” niźli ja, usługobiorca, z którego żyje tak referent, jak naczelnik i wreszcie dyrektor takiej instytucji...
No i raczej nie zdarzało się, że byłem „niewidoczny” dla urzędników, kiedy zostałem przedstawiony jako dziennikarz bądź „rozpoznany” jako ten, który może „zakłócić„ spokój danej instytucji...
Przy każdej z tych sytuacji byłem załatwiany w sposób diametralne różny, ale zawsze zgodnie z obowiązującymi przepisami. Bo można wydać postanowienie na „tak” bądź „nie” opierając się na obowiązującym prawie, można sprawę uznać za „szczególnie trudną” i rozpatrywać ją co najmniej miesiąc, można tę samą sprawę załatwić „od ręki”. Może być tak, że rozmowa referenta z naczelnikiem, naczelnika z inspektorem może zostać przełożona, bo przyszedł klient, może być tak, że ta rozmowa właśnie wtedy przeciągnie się tylko dlatego, żeby pokazać „kto tu ważny”.
Już powiedziałem - zdarzało się, że „szary obywatel” był traktowany jak „VIP”. Ale to się tylko zdarzało.
Co wynika z tego mojego ględzenia? Niewiele - po prostu „urzędnik to służba a nie drużba”, a każdy obywatel ma być traktowany jak VIP.