Człowieczy los? (cz.1)
„Nie radiś krasiwoj a radiś szczastliwoj” - to zdanie moja Mama powtarzała bardzo często, a po polsku brzmi ono: „nie urodź się piękną a urodź się szczęśliwą”. I pewnie powtarzała te słowa mojej Mamie jej Mama a moja babuszka spod Czerkas.
Mama urodziła się latem 1925 roku w Szpole na Ukrainie jako pierwsze dziecko w rodzinie szewca i gospodyni domowej - Lidia była całkiem urodziwa a ze szczęściem różnie bywało. Wkrótce w rodzinie pojawiły się następne dzieci, bracia Wasyl, Miszka i Siergiej.
W małej, skromnej chacie było ubogo, chociaż dzięki zaradności babci schludnie i pogodnie.
Ale najgorsze dopiero miało nadejść. Wraz z latami wielkiego głodu na Ukrainie. W 1939 roku Mama miała 8 lat
i przez całe życie doskonale pamiętała ten przerażający czas. Nam, swoim dzieciom, opowiadała o tym kiedy byliśmy dorośli - ale bardzo niechętnie. Wspominała obrazy, które utkwiły na zawsze w jej pamięci i tak: siedzą sami w chacie - ona 8 lat, bracia lat 6, 4 i 2 - bracia jęczą: „chcemy jeść”, a babcia poszła po żywność na bazar. Wreszcie chłopcy z wyczerpania usypiają a ich mama wraca po paru godzinach ze szklanką mąki
i zaczyna przygotowywać posiłek.
Albo ktoś namawia moją babcię na wyprawę do wsi gdzie podobno u gospodarza można nabyć mięso. W ostatniej chwili ktoś inny ostrzega babcię aby nie wybierała się w to miejsce, gdyż były tam przypadki kanibalizmu. Innym razem zamiast mąki zbożowej ktoś sprzedał babci jakiś środek halucynogenny (prawdopodobnie sporysz) po którym dostała szału i wylądowała w szpitalu, a działo się to na oczach przerażonych dzieci.
Na zawsze w pamięci Mamy utkwił też obraz siedzących dzieci sąsiadki Żydówki na schodach i wciąż jęczących: ‘Chcę jeść, chcę jeść”.
Te traumatyczne przeżycia z dzieciństwa wykształciły w Mamie dużą wrażliwość i wręcz filozoficzne podejście do życia, ale także spowodowały, że przez całe, dorosłe życie miała lęki przed głodem, których często nie mogliśmy zrozumieć.
W naszym domu też po wojnie było skromnie i niebogato - ale nigdy nie brakowało jedzenia, a wręcz przeciwnie, zawsze musiało go być trochę więcej - na zapas, na wszelki wypadek.