Salon. Zmanierować
Czy korzystanie z salonów piękności może stać się powodem zmanierowania? Oczywiście, że tak! Przyczynkiem do zmanierowania są przyjemności, jakie oferuje nam salon. Któż z nas nie ulegnie złudnemu czarowi, gdy ktoś tylko i wyłącznie zajmuje się nim? Lubimy być rozpieszczani i czuć się wyjątkowo. Niewiele potrzeba „czynników” sprzyjających, by ulec „zepsuciu”. Okazuje się, że nie tylko ludzie ulegają zmanierowaniu w tego typu placówkach jak salony urody, zwierzęta również!
Z okazji „Dnia Kota”, postanowiliśmy z narzeczonym, sprawić naszemu pupilowi wyjątkowy prezent. Otóż zafundowaliśmy mu, weekend w SPA dla kotów i psów we Wrocławiu. Postanowiliśmy zaszaleć i wykupiliśmy Ziajętemu, bo tak ma na imię nasz kot, tak zwany ”Full pakiet”. W skład pakietu wchodziło: kąpiel, czesanie, masaż pyszczka i ciała, piłowanie pazurków w tym lakierowanie. Narzeczony stwierdził, że lakierowanie (chociaż był to lakier bezbarwny) sobie odpuścimy, nie można zrobić z kota zniewieściałego kocura. Dalej, przewidziana była sesja odprężająca z psychoanalitykiem oraz zestaw ćwiczeń z prywatnym trenerem. W międzyczasie serwowanie zdrowych posiłków i przekąsek w miłej atmosferze.
Ziajęty nie był zbytnio zachwycony podróżą. Leżał w swoim koszyku, patrząc na nas z dezaprobatą, gdzie to go wywozimy. Zapewne zadowoliłby się dobrą karmą z okazji swojego dnia. Ale o zdanie w tym temacie go nie pytaliśmy. Umówieni byliśmy na konkretną godzinę. Po wejściu do SPA, oczom naszym ukazał się duży holl ze skórzanymi kanapami. Wnętrze kapało od przybytku i bogactwa. Miła, śliczna pani w białym kusym fartuszku, poprosiła, byśmy zechcieli usiąść i poczekać na osobistą opiekunkę naszego kota. Po chwili podeszła do nas następna śliczna pani w równie kusym fartuszku, która okazała się opiekunką naszego Ziajętego. Podała nam arkusz, który mieliśmy wypełnić. Potrzebne były następujące dane: czy kot ma alergię, choroby wrodzone. Pytano również co lubi, a czego nie. Następnie śliczna pani zabrała mi z rąk Ziajka i zniknęła za drzwiami w pokoju z napisem: ”Przebieralnia”, po chwili wyszła z naszym kotem na rękach, przywdzianym w biały szlafroczek. Podeszła do nas, byśmy mogli się z nim pożegnać. Co ciekawe, Ziajek miał minę jakby ta cała zabawa wokół niego zaczynała mu się powoli podobać. Pomachał do nas łapką i znikł za kolejnymi drzwiami
z napisem: „Gabinet”.
Zaciekawieni wrażeniami przyjechaliśmy po niego po dwóch dniach. To co ukazało się naszym oczom przeszło najśmielsze oczekiwania. Zostawiliśmy kota, któremu do szczęścia wystarczało dobre jedzonko, miłe legowisko i codzienna porcja pieszczot, a oddano nam…kocura ze spojrzeniem zblazowanego amanta, pachnącego wodą kolońską, który sam nie potrafi zrobić kilku kroków. W samochodzie, gdy go ulokowaliśmy na tylnim siedzeniu, tylko mruknął zrezygnowany, dając nam do zrozumienia, że te warunki mu uwłaczają. Do domu kazał się wnieść, po czym maszerował z dumnie podniesionym, wyszczotkowanym ogonem. Przy jedzeniu wybrzydzał, decydując się wreszcie łaskawie zjeść kawałek drobniutko pokrojonej polędwicy, a spać zażądał w łóżku…swoim łóżku!