Kijki. Wrażenia
Mój narzeczony padł ofiarą „nordic walking”. Co najgorsze ubzdurał sobie, że jedynie w moim towarzystwie ten interesujący sport może w pełni go satysfakcjonować. Opierałam się jak długo mogłam. Nawet jego kuszenie wizją zrzucenia kilku kilogramów mnie nie wabiło. Musiałam wreszcie skapitulować dla świętego spokoju. Nie byłabym sobą, gdybym nie zastrzegła, że będę mu towarzyszyć ja i kijki tylko czasami.
W ostatnią sobotę października, mój narzeczony sprawił mi bardzo romantyczny prezent. Otóż zapisał nas na całodniową wycieczkę z „nordic walking”! Moja radość na myśl spędzenia tak wolnego czasu, była tak wielka, że miałam ochotę zadusić go gołymi rękami.
Punktualnie o godzinie dziewiątej rano stawiliśmy się w punkcie zbiorczym. Okazało się, że wycieczka zorganizowana była dla seniorów. Drogi narzeczony wcześniej nie wpadł na myśl, żeby zapytać, jaka grupa wiekowa jest przewidywana. Na moje pełne wyrzutu spojrzenie, zareagował rozbawiony słowami: „Cóż, lepsze to, niż grupa przedszkolaków”. Miła pani przewodniczka poinformowała nas dokąd się wybieramy, gdzie przewidywane są odpoczynki. Zaleciła by się zbytnio nie forsować, by obserwować współtowarzyszy i pomagać sobie wzajemnie. Następnie z uśmiechem przedstawiła zgromadzonym dwa młode rodzynki, czyli nas. Dostaliśmy brawa. Na koniec miła pani życzyła nam udanej wycieczki. Szczerze mówiąc kombinowałam jak się po angielsku upłynnić, narzeczony znający mnie zbyt dobrze, ostrzegł żebym nawet o tym nie myślała. Ruszyliśmy malowniczą leśną drogą. Co ciekawe seniorzy rozpoczęli start śpiewem. Kolejno w repertuarze były piosenki harcerskie: „Czerwona róża, biały kwiat”, „Gdzie strumyk płynie z wolna”. Następnie wojenne: „O mój rozmarynie rozwijaj się”, „Przybyli ułani pod okienko”. Zakończono piosenkami mniej ambitnymi: „Biały miś”, „Jesteś szalona”. Coraz bardziej podobała mi się wycieczka. Kilka pań dowiedziawszy się, że narzeczony jest psychiatrą, zawłaszczyło go sobie i bombardowało pytaniami, jak nie ulec demencji. Mnie dopadły trzy „ryczące” siedemdziesiątki. Wszystkie w różowych dresach, pełnym makijażu i ufryzowane. Dowiedziałam się, że jedna jest już trzykrotną wdową i doprawdy nie wie dlaczego ci mężowie umierają, była dla nich taka dobra. Druga z pań obecnie rzuciła kolejnego chłopaka i raczej nie ma ochoty na kolejny związek, no może za jakiś czas. Trzecia białogłowa była świeżą mężatką. Wszystkie trzy była zdania, że takie „ciacho” jak mój narzeczony trzeba trzymać krótko. Chłop musi wiedzieć, gdzie jest jego miejsce. Dostałam kilka rad jak trzymać chłopa krótko, by o tym nie wiedział. Następnie moje nowe koleżanki podały mi adresy fajnych sklepów z ciuchami o przystępnych cenach. Powiedziały co jest teraz trendy. Mimo, że oto nie prosiłam, streściły mi również telenowele, które oglądają.
Wycieczka pozostawiła w mej pamięci niezatarte wrażenia. Podobne odczucia miał narzeczony. Doszliśmy do wniosku, że w tym towarzystwie rzeczywiście byliśmy „rodzynkami”.