Wpomnienia z Syberii (3)

Autor: 
Jan Miedło

We Władzimirsku naszą rodzinę umieszczono w starej łaźni. Jej powierzchnia miała około 60 m. Mieszkaliśmy tam około sześciu miesięcy. W budynku łaźni był duży piec, na którym spaliśmy. Po sześciu miesiącach umieszczono nas w baraku. W baraku tym mieszkała też polska rodzina Waców. Łącznie mieszkało około 20 rodzin. Nazwisk ich niestety nie pamiętam.
Ojciec i bracia Józef i Władysław pracowali w miejscowej kopalni złota. Urobek z kopalni wywożono koniem. Za pracę w kopalni płacono. Za te pieniądze trzeba było kupować żywność. Z informacji jaką zaraz po naszym zakwaterowaniu we Władzimirsku, przekazał nam komendant, wynikało, że jesteśmy internowani. Wolno nam było poruszać się w obrębie 30 km od osiedla. Żadnych dokumentów nam nie dano. Z chwilą wybuchu wojny z Niemcami sytuacja żywnościowa zesłańców pogorszyła się. Wprowadzono kartki na żywność i inne towary. Pracujący po wykonaniu normy otrzymywał 800 gram chleba, niepracujący 400 gram. Ponadto l kg kaszy na miesiąc.
Po umowie Sikorski-Stalin byliśmy już wolni i przenieśliśmy się do Soworska. Tam ojciec i bracia Józef i Władysław pracowali w lesie zimą, a latem przy koparce (draga), która czerpała z dna rzeki urobek. Urobek szedł na płuczkę.
Z płuczki piasek ze złotem podlegał dalszej obróbce. Wszystkich pracowników bardzo starannie kontrolowano, by nie kradli złota. Najpierw robił to brygadzista, potem strażnicy przy wyjściu z terenu kopalni. Koparka pracowała latem i zimą. Zimą robotnicy obijali lód z koparki i ogrzewali ważne miejsca piecykami.
W Soworsku była duża baza materiałowa. Składowano w niej urobek z kopalni, węgiel drzewny oraz drzewo pozyskane zimą. Gdy tylko puściły lody, z bazy wywożono barkami urobek z kopalni i węgiel drzewny. Drewno spławiano i tratwami transportowano dalej. Barki w powrotną stronę ciągnęły konie idące brzegiem rzeki. Nam, dzieciakom, zezwalano na ręczne poszukiwanie złota po koparce. Przepłukiwaliśmy piasek ręcznie w małych nieckach i sitach. Następnie piasek z drobinkami złota wysypywaliśmy na blachę, a blache podgrzewaliśmy nad ogniskiem. Gdy piasek był suchy, zdmuchiwaliśmy go. Pozostawały kruszynki złota. Nieraz udało się wypłukać jeden, najwyżej dwa gramy złota. Złoto zdawaliśmy kierownikowi kantoru przy kopalni. On dawał nam za ten urobek bony na żywność. Jeden gram złota = jeden bon. Za bon można było dostać jeden kilogram chleba. W taki sposób dzieciaki zesłańców dorabiały do lichych zarobków swoich rodziców i braci. c.d.n.

Wydania: