Reformy w szklance wody

Gdyby referaty premiera Donalda Tuska oraz ministra finansów Jacka Rostowskiego nt. reform finansów publicznych państwa wygłoszone zostały jesienią, 2007 r., a więc tuż po wyborach, przynajmniej jakieś pozory zostałyby zachowane. Bo przecież, przypomnę, to pod tym m.in. hasłem Platforma doszła do władzy. Dziś, po niemal 2,5 roku władzy, a więc bliżej końca niż początku, brzmi to groteskowo, a i groźnie zarazem, albowiem niewiele w referacie konkretów, a cel jest widoczny: państwu coraz bardziej doskwiera brak pieniędzy.
A jak powiadał Alexis ks. de Tocqueville, nie ma takiej zbrodni jakiej nie popełniłby skądinąd nawet dobrotliwy rząd, jeżeli zabraknie mu pieniędzy.
Jedynym konkretem był pomysł, aby przekonać kierownictwo Unii Europejskiej do zmiany sposobu zapisu długu publicznego w taki sposób, aby deficyt ubezpieczeń społecznych przenieść z działu deficytu budżetowego państwa do innego, przez co ten ostatni zamiast obecnie 56% wyniósłby „tylko” 40%. Dzięki temu przez najbliższe 2 lata nie trzeba by było ciąć wydatków publicznych. Dlaczego 2 lata? Pewnie dlatego, że wówczas byłoby już po wyborach parlamentarnych i wcześniejszych o rok prezydenckich, a więc nowa ekipa miałaby przed sobą 4 lata spokoju. W tym czasie można całkiem spokojnie wprowadzić już zwykły zamordyzm gospodarczy.
Zapowiedziano „rozpoczęcie debaty nad przeprowadzeniem ewolucyjnej reformy systemu ubezpieczenia emerytalno-rentowego rolników”, co w praktyce oznacza zmuszenie ich do wpłacania pieniędzy OFE - prywatnym instytucjom finansowym, które zyski wypracowują operując spekulacyjnie na giełdzie a ich wynagrodzenie nie zależy od osiągniętych wyników. Oznacza to, że OFE i tak przejadałyby „składki” mimo podniesienia wieku emerytalnego do 67 lat, co obecnie obmyśla rząd, a także objęcie rolników „powszechnym systemem emerytalnym”, co w praktyce oznacza OFE, które przynosząc największe zyski swoim pracownikom i akcjonariuszom, a nie emerytom.
Co prawda zwolennicy takich rozwiązań twierdzą, że oparte są one na „umowie społecznej”, jednak – jak to zauważył amerykański ekonomista Murray Rothbard – ile warta jest taka umowa najlepiej pokaże eksperyment, gdy na pewien czas państwo zrezygnuje z przymusu pobierania podatków i innych „składek”.
Jak dotąd, żadne państwo nie zdecydowało się na taki eksperyment.
Wróćmy jednak do zadłużenia, którego wielkość będzie stała bez względu na to, w jaką rubrykę zostanie zapisana kolejna kategoria długów. Oznacza to pętlę na szyi dla kolejnych pokoleń. Bogatsze od nas Stany Zjednoczone, z nieporównywalną gospodarką oraz lepszym systemem prawnym nie podniosą się, jeśli odejdzie się od takich rozwiązań jak opieka medyczna, ustawa klimatyczna, czy wydatki na wojsko – w wywiadzie udzielonym „Stosunkom Międzynarodowym”, amerykański kongresmen, konserwatysta - Ron Paul.
Uważa on, że zamiast terminu „new deal” (nowy ład) należałoby mówić „raw deal” (gorsze traktowanie). Amerykanie – powiada Paul – z narodu wierzycieli stali się narodem dłużników, zależnym od Chińczyków, którzy pożyczają Ameryce pieniądze. Ale w Ameryce, coraz silniejszy staje się oddolny ruch sprzeciwu wobec polityki Obamy. U nas jakoś nie widać sprzeciwu wobec socjalizmu głoszonego przez wszystkie mainstream - owe partie polityczne i to jest groźne.

Wydania: