Europa. Ciastko

Autor: 
Katarzyna Redmerska

Powoli dobiega końca kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego. Niestety nie ma co się za bardzo cieszyć, bo przed nami kolejna jej odsłona – tym razem w jesiennych wyborach do parlamentu. Po obecnych „ekscesach” strach się bać, co to będzie się działo jesienią. Felieton piszę z wyprzedzeniem, nie wiem kto został zwycięzcą w walce o Europę. Tak więc zachowam powściągliwość w wyrażaniu entuzjazmu bądź też przygnębienia, co do wyników wyborów. Przezorny zawsze ubezpieczony, jak mówi mądre przysłowie. Po co się tam niepotrzebnie wychylać.
Pozwolę sobie jednak poruszyć temat związany bezpośrednio z wyborami, a konkretnie obietnicami wyborczymi. Obozy rządzące, opozycje, wyrastające jak grzyby po deszczu partie, partyjki, ugrupowania, ruchy etc. – przyzwyczaiły nas do składania obietnic, z których większość albo jest bez pokrycia, albo jest tak bezdennie naiwna, że głowa mała. Rzecz jasna i tym razem nie było inaczej. Z tą tylko różnicą, że w odróżnieniu do niedawnych wyborów samorządowych i obietnic w nich składanych, obietnice kandydatów do europarlamentu przypominają swoistą licytację. Jedni chcą dać pieniądze krowom i świniom. Drudzy, obiecują autobus w każdej gminie, mało tego – bezpłatne przejazdy dla dzieci.
A jeszcze inni chcą obdarować pekaesem każdą miejscowość. Ale to jeszcze nic. Istną bombą wśród obietnic wyborczych są… „ciastka Joachima” przywożone z Belgii!
Na jednej z konwencji pewnej partii głównym tematem była jakość produktów UE. Nie od dziś wiadomo, że kraje Europy Wschodniej skarżą się, że artykuły w tych samych opakowaniach mają u nich gorszą jakość. Racja! Zgadzam się, bo sama widzę to po jakości proszków do prania (w Niemczech ta jakość jest nieporównywalnie wyższa). Ale ja nie o proszku…tylko o ciasteczku. Na owej konwencji jako przykład podano właśnie ciasteczka, które do Polski musi wozić pewien pan Joachim. Sprawa jest naprawdę poważna, okazuje się, że najmłodsze dziecko niejakiego pana Joachima lubi maślane ciasteczka. Niestety tato zmuszony jest dostarczać je synowi aż z Brukseli, bo tylko tam kupione mu smakują. Jak wyjaśniono, nawet jakby się sprawdzało etykiety na opakowaniach tychże nieszczęsnych ciasteczek, to dziecko nigdy nie kłamie. Dziecko nie czyta etykiet (duży błąd, bo powinno chociażby przez wzgląd na wiedzę ile w danym produkcie jest m.in. barwników, konserwantów, środków zagęszczających), dziecko poznaje po smaku. Jak podsumowano, te same ciasteczka smakują inaczej, smakują w zależności od kraju. Rozumiem więc, że niejaki tato Joachim zaopatrywał się w wielu krajach
w ciasteczka maślane dla syna, a ten niczym kiper smakował ich jakość – ostatecznie stwierdzając, że jedynie Belgia ma owe ciasteczka na smakowym poziomie. Swoją drogą, dziecko ma wyrafinowany smak, tylko pozazdrościć. Ale do rzeczy – jest nadzieja, że dzięki obecności partii od ciasteczek w europarlamencie smak ciastek zostanie wyrównany w całej UE. Dzięki temu tato Joachim nie będzie zmuszony dźwigać ciastek synowi z zagranicy, bo synek sam sobie je kupi w pobliskim krajowym sklepie. Bomba! Mam nadzieję, że pod ochronę oprócz ciasteczek syna Joachima, wzięte zostaną także i inne słodkości. Są pewne praliny belgijskie (mleczna czekolada z masą orzechową), co do których polskiej wersji smaku nie jestem za bardzo przekonana. Gdybym mogła prosić o pomoc w tym temacie. Niestety tato Janusz rzadko bywa w Belgii i nie mogę smakować tych „prawdziwych” pralin zbyt często…

Wydania: