Spotkanie autorskie Bogusława Michnika: Śniłem się sobie

01-fotBaranowski 11.04.2025.jpg
02-Spotkanie w MZK fot. HGrzyb.jpg

Spotkanie w Muzeum Ziemi Kłodzkiej w Kłodzku 18 grudnia 2025 było drugą prezentacją tomu wierszy Śniłem się sobie – wcześniejsza odbyła się w maju w Klubie Muzyki i Literatury we Wrocławiu; książka ukazała się bowiem nakładem wrocławskiego Ośrodka Kultury i Sztuki. Tę w Kłodzku, gdzie od dziesiątków lat jest aktywny autor, i tę wcześniejszą poprowadził Karol Maliszewski, jak się okazało, wychowanek szkoły Michnika w Kłodzkim Klubie Literackim, szkoły dobrej roboty poetyckiej i szacunku dla słowa. Spotkanie odbyło się w dzień imienin autora, na kilkanaście dni przed jubileuszem jego 80. rocznicy urodzin.. Dyrektora Muzeum Ziemi Kłodzkiej Krzysztofa Miszkiewicza nakłonił do tego Mieczysław Kowalcze, inicjator i organizator licznych wydarzeń kulturalnych, muzycznych i literackich, na Ziemi Kłodzkiej. Szlachetne współzawodnictwo między Kowalczem a Januszem Laską sprzyja umacnianiu kłodzkiej kultury, kształci młodych, formuje elity kulturalne.

Na tom składają się wiersze z okresu 1967–2024, które Karol Maliszewski zdumiony, że jego guru jeszcze pisze, wybrał z wielu, po lekturze rozproszonych utworów, publikowanych i niepublikowanych, wczesnych i tych najnowszych. Jak w posłowiu pisze Maliszewski, jest to literacka podróż przez twórczość poety, ukazująca ewolucję jego stylu, tematów oraz wrażliwości artystycznej.

Moją uwagę zwróciły wiersze najnowsze, powstałe po 2019 roku. Już sam tytuł zbioru Śniłem się sobie, zaczerpnięty z wiersza z lat 90. XX w., zapowiada je w sposób profetyczny. Są to bowiem utwory, będące wyrazem dramatycznego zwrotu dotyczącego jego przeszłości i dziedzictwa, okresu, kiedy autor będzie zadawał sobie pytania i niejako śnił o tym, kim jestem... kim byłbym... Stało się to kilka lat po wydaniu tomu Wiersze ostatnie o Matce (2013), który uświadamia, że była ona kimś bardzo ważnym w jego życiu. Także Maliszewski przypomina, że poeta opowiadał o swoich przybranych rodzicach, opisując pełne miłości i troski wychowanie. Zwrot ten był również impulsem do nowej twórczości poetyckiej, próbującej oswoić nową sytuację.

Ten dramatyczny zwrot dzieje się wtedy, gdy 75-letni mężczyzna, w wieku dość dojrzałym, dowiaduje się, że jest adoptowanym dzieckiem. Co więcej, że jego ojciec był Francuzem, a matka Niemką. I wszyscy w Ulinii koło Łeby, wiosce, w której się urodził, o tym wiedzieli, lecz nikt przez tak wiele lat nie puścił pary z ust. Społeczność zachowywała rodzinne tajemnice. Jednak, gdy zmarła matka, która go wychowała, tajemnica nie była już potrzebna, uczciwsze wręcz było wyznanie prawdy o tym, że rodzona matka była Niemką, że zostawiła go w Ulinii, zabierając tylko starsze dzieci. W tej materii możemy się tylko domyślać, tak jak czyni to autor, tych decyzji i stojących za nimi motywów i dramatów.

Nie wiadomo, kim był ojciec pierwszych dzieci Anny Ziessow: czy zginął na froncie, czy po prostu ją opuścił. Dość, że ona zakochała się we Francuzie, jeńcu wojennym i jak czytamy, zastrzelonym przez czerwonoarmistów. Pomimo tego, że był żołnierzem wojsk sojuszniczych. Czy bronił swojej kobiety lub innych niemieckich kobiet przed gwałtem? Tu każdy ma własny film, jak postępowali ci żołnierze po zdobyciu miejscowości, jak postępują teraz w Ukrainie. Dlaczego matka wyjechała bez najmłodszego syna: czy bała się o podróż niemowlęcia w transporcie, czy może nie chciała brać ze sobą tej tajemnicy, dość dokuczały jej języki wioskowych bab. To, że po wojnie osiedliła się w Gersdorfie, w powiecie budziszyńskim w Górnych Łużycach na terenie późniejszego i byłego NRD może wskazywać, że rodzina wyjechała z jednym z późniejszych transportów. Anna Ziessow wyjechała z matką Elise, zabierając do Niemiec starsze o kilka lat dzieci, Irmę i Horsta, a zostawiła Petera/Pierre’a. Czy też przeprowadzka rodziców Bogusława do Dzikowca z 14-letnim synem nie miała na celu wyjazdu z wioski, gdzie wiele osób pamiętało okres powojenny? Jak się okazało, sprawę pamiętali także dawni niemieccy mieszkańcy miejscowości. Chociaż prawda może być jeszcze zupełnie inna, nieoczekiwana nawet przez autora.

Te i inne pytania zadawał i zadaje sobie teraz Bogusław Michnik, stojąc nagle przed pytaniem, jakim mówiłby językiem, gdyby przeżył ojciec, kim byłby, gdyby zabrała go matka.

Dzięki temu, że zwrócił się z prośbą do Claudii Fredrich, przewodniczącej stowarzyszenia dawnych mieszkańców Uhlingen/Ulinii, udało mu się dotrzeć do niemieckiej rodziny matki; był już wtedy zaopatrzony w metrykę urodzenia i świadectwo adopcji. Nie żyła od dawna matka, siostra i brat, żaden członek rodziny, który pamiętałby wydarzenie z końca wojny. Jednak twórca poznał dzieci swojego przyrodniego rodzeństwa, siostrzenicę i bratanicę i dopiero wtedy zobaczył zdjęcie jego matki.

Jak pisze Karol Maliszewski w posłowiu do tomu Śniłem się sobie – to, co poniemieckie w sensie materialnego dziedzictwa dawnych niemieckich mieszkańców (opisane w książce Karoliny Kuszyk Poniemieckie z 2019 roku) staje się nagle inne, dodać można, że naraz boleśnie rzeczywiste z całą genetyczną ostrością. Bo to ja jestem poniemiecki, ale jednocześnie polski, moja Muttersprache to jednak polszczyzna, tak jak Vaterland jest tu, a nie we Francji.

Cała ta zagadkowa przeszłość i wszystkie egzystencjalne pytania są obecne w poezji Michnika.

Wyschła rodzona mowa
Zmieniły się diakryty
Stare odpadły od słów

Droga nie zawróci do Uhlingen
Rzeka Chełst
Do Gościęcina
Drzewo do korzeni

Morze nie dobije
Do brzegów w Sudetach

Poeta pisze o diakrytach, tych różnych znaczkach, kropkach i haczkach, które określają alfabet. Te öäü zastępowane ąćłń. O drodze, która nie może się cofnąć, rzece, która nie może wrócić.

Mógłby też napisać w języku matki, gdyby był jego własnym Als der Krieg zu Ende war (Kiedy wojna zbliżała się do końca) pokochali się Francuz i Niemka. Nie napisze, to dla niego obcy język.

Als der Krieg zu Ende war
Mógłbym napisać gdybym żył
W tym języku Ale język odcięty

Die abgeschnittene Zunge
I przemilczane dzieciństwo
Zapomniane ściany domu

Warto zanurzyć się w lekturze tych i innych wierszy, rzadkiej urody, oszczędnych w słowie, choć zdradzających podskórne emocje – przeżywając przy tym intelektualną przygodę (dla autora będącą przecież granicznym doświadczeniem) zamiany rodziców, przeszłości i w jakiś sposób siebie.
Henryk Grzybowski
Foto: Z. Baranowski i H. Grzybowski